Jump to content

davenieadiofil

Zarejestrowany
  • Content Count

    26
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    1

davenieadiofil last won the day on May 2 2018

davenieadiofil had the most liked content!

Community Reputation

94 Good

About davenieadiofil

  • Rank
    początkujący

Dodatkowe

  • odtwarzacz
    Dragonfly Black
  • słuchawki
    Sony MDR-7506
  • testuję
    Nerwy sąsiadów
  • chcę
    Fiio M11

Ogólne

  • Gender
    Male
  • Location
    Białystok
  • Interests
    Muzyka, sprzęt audio

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Właśnie rozpoczynam testowanie świeżego nabytku, czyli nowej - tym razem niebieskiej - "ważki" od AudioQuesta. Pierwsze wrażenia (ok. godzina odsłuchu) są następujące: - od nowości zatyczka portu USB schodzi bardziej gładko i z mniejszym oporem. Wreszcie nie mam obaw, że oberwę port USB, tak jak to ma miejsce w nowych egzemplarzach DFB i DFR - BRZMIENIE: względem mojego DFB 1.5, którego używam od dłuższego czasu, różnica jest od razu wyczuwalna. Przede wszystkim Cobalt ma zauważalnie więcej basu, ale gra kulturalnie. Niskie pasmo ma świetną kontrolę, schodzi zauważalnie (lub też słyszalnie) niżej. - Góra mniej poszarpana i bardziej grzeczna, Cobalt gra nieco cieplej niż Black 1.5 - charakterystyka brzmieniowa Cobalta to bardziej nacisk na bas i średnicę - wokale bardziej z przodu, słychać ogólnie więcej detali niż w DFB, ale tego bym się spodziewał po 6-krotnie droższym DACu Ogólnie pierwsze odczucia bardzo pozytywne. Wbudowany wewnątrz filtr szumów na pewno działa, bo Cobalt ma wyraźnie cichsze tło, co mnie super cieszy Wszystko mniej szumi i od razu lepiej się słucha. Różnica oczywista od pierwszych chwil (a nie wszystko jest tu aż tak oczywiste) Na chwilę obecną DACa ma w sprzedaży Top Hi-Fi za 1333zł. Sporo kasy jak na ultra-mobilny przetwornik C/A, ale uszy mi podpowiadają, że warto
  2. Polska manufaktura CustomArt z Warszawy kończy w tym roku 7 lat. Przez ten czas marce udało się bardzo wiele osiągnąć pod względem strojenia i samego sposobu wytwarzania słuchawek dokanałowych. Jednym z efektów tej pracy jest model Fibae 4 – cztero-przetwornikowy monitor umieszczony w środku portfolio zarówno pod względem cenowym, jak i czysto technicznym. Co ciekawego skrywa i czy warto się nim zainteresować w obliczu premiery nowych FIBAE 7? W skrócie ujmując – tak, a po szczegóły zapraszam do recenzji! Dizajn i wykonanie Po styczności z dwoma innymi modelami słuchawek (Fibae 3 i Harmony 8.2) również Fibae 4 nie pozostawiają złudzeń – CustomArt ceni sobie przede wszystkim jakość i precyzję wykonania, która jest również domeną testowanego modelu. Choć F4 są bardzo lekkie i niemal znikają w uszach, dają uczucie solidności – bardzo pożądane zjawisko w przypadku słuchawek za prawie 3000zł. Akrylowe obudowy wzorowo spasowano, a całość jest równo wykończona na połysk. Nic nie odstaje, a dysza wędrującą w kanał słuchowy jest prawidłowej długości oraz dobrze przytrzymuje ona eartipy. Dwu-pinowe gniazda umieszczone są w kopułkach idealnie na płasko, co jest bardzo popularnym i eleganckim rozwiązaniem. Dzięki temu kabel (o nim kilka słów za chwilę) wchodzi do samego końca, łącząc się z obudową bez żadnych, choćby niewielkich szpar. Dołączony do zestawu przewód jest w mojej opinii arcydziełem ergonomii. Podstawową zaletą jest zakończenie go kątowym złączem jack 3.5mm, a ponadto użyta izolacja nie powoduje efektu mikrofonowego. Na pochwałę zasługują również dłuższe odcinki pamięciowe niż miało to miejsce w szarym kablu dołączonym do modelu FIBAE 3. Dzięki temu małemu usprawnieniu słuchawki nieco lepiej trzymają się uszu, ponieważ kabel lepiej otacza zewnętrzną część małżowiny. Odcinek od splitera do dwu-pinowych złączy również nie posiada efektu mikrofonowego. Nowy kabel to seria większych i mniejszych usprawnień, które sprawiają, że słuchawek używa się jeszcze lepiej. Na dodatek nowy „drut” raczej nie ma skłonności do samoistnego plątania się, co jest wisienką na torcie i ostatecznym atutem 😊 Wracając do wykończenia warto wspomnieć o dostępnych wariantach obudów. Oczywiście istnieje możliwość wykonania słuchawek na zamówienie, pod kształt małżowin klienta. Mamy wtedy dużo opcji jeśli chodzi o personalizację wyglądu, ale muszę przyznać, że uniwersalny wariant testowy, który otrzymałem już jest małym dziełem sztuki (bardzo fotogenicznym zresztą). Ten jaskrawy, półprzezroczysty niebieski kolor w połączeniu z całkowicie bezbarwną resztą obudowy przyciąga wzrok. Jak się okazuje nie tylko mój… Zauważyłem bowiem intencjonalne spojrzenia w moją stronę zarówno na ulicy oraz w komunikacji miejskiej, gdy miałem na sobie słuchawki 😊 Coś jest na rzeczy w tym konkretnym wariancie, bo nawet flagowe Harmony 8.2, które otrzymałem w ciemnoczerwonej barwie (z brązowymi akcentami) niemalże wcale nie zwracały uwagi gapiów. Nie ulega wątpliwości, że zamawiając coś z warszawskiej manufaktury jesteśmy w stanie puścić wodze kreatywnej fantazji i zaprojektować słuchawki wedle swoich oczekiwań, które ekipa CustomArt na pewno spełni. Egzemplarze testowe różnią się nieco zawartością od faktycznych zestawów, które nabywa klient. Dodatkowo względem kompletu demo otrzymujemy etui wodo i pyłoodporne Peli 1010, narzędzie do czyszczenia słuchawek z woskowiny oraz kartę gwarancyjną. Zestaw recenzencki okrojono do słusznego, niezbędnego minimum, czyli: słuchawki, eartipy oraz praktyczne etui z zamkiem błyskawicznym. Platforma testowa Źródła używane przeze mnie nieco zmieniły się od poprzednich recenzji i są następujące: Toshiba C660D, Samsung Galaxy Note 4, Audioquest DragonFly Black 1.5 Brzmienie Całościowo FIBAE 4 są słuchawkami bardzo obficie docieplonymi w brzmieniu, szczególnie pierwszym odsłuchom towarzyszy uczucie bycia… jakby przy ognisku. Podobnie jak nie każdy preferuje smażenie przy nim kiełbasek lub śpiewanie do akordów rozstrojonej gitary znajomego, tak sygnaturę „czwórek” bardzo łatwo polubić. Uszy szybko się przyzwyczają, choć w pierwszej chwili odnosiłem wrażenie, że detale są nieco zamazywane przez mocny bas oraz wygładzoną górę (choć okazuje się, że zrobiono to bardzo umiejętnie, z brakiem przesady w żadną ze stron). Zdumiewa reprodukcja wokali oraz całej średnicy – jest bezpośrednia w prezentacji, bardzo czysta, nie ma tu ani cienia zaostrzeń. Płynność to najlepsze określenie dla środka pasma. Na „deser” nadchodzi góra, która została zestrojona łagodnie, wybrzmiewa nieco bardziej wyraziście tylko wtedy, gdy w muzyce są dynamiczne zrywy wysokich dźwięków, a poza tym zostaje raczej na swoim docieplonym, ułagodzonym, drugim planie. Trzęsienie ziemi FIBAE 4 mają nietypowy, ale naprawdę świetny bas. Podstawą jest bardzo niskie zejście, które da się usłyszeć, ale w porównaniu do flagowych Harmony 8.2 tutaj również bardziej odczuwamy niskie tony. Tąpnięcia bębnów, niskie dźwięki basowej gitary czy syntetyczne „łuup łuup” obecne tak często w muzyce elektronicznej jest tu bardziej odczuwalne. Ten aspekt bardzo in plus. Unikalność basu FIBAE 4 polega na tym, że jest obecny właściwie tylko wtedy, gdy jest faktycznie niezbędny. Gdy w nagraniu jest mało niskich partii dźwiękowych „czwórki” nie pokazują niczego na siłę. Jeżeli jednak utwór został nimi obficie nasycony uzyskujemy… niemalże trzęsienie ziemi w głowie. Naprawdę, nie spotkałem się jak do tej pory z armaturowymi słuchawkami, które miałyby takie możliwości „wykopu”. Dzięki takiej reprodukcji większość użytkowników raczej nie będzie miała potrzeby korekcji tego aspektu dźwięku, choć oczywiście korektor zawsze czeka z otwartymi ramionami, a FIBAE 4 reagują na EQ bardzo dobrze. Są pod tym względem czułe, dzięki czemu łatwo jest o wyraźną poprawę poszczególnych pasm (szczególnie dotyczy to góry, o której można przeczytać dwa akapity dalej) Artysta na pierwszym miejscu… Średnica to zdecydowanie najsilniejszy aspekt testowanych słuchawek. Na samym początku moją uwagę przyciągnęła jej bezpośredniość – tutaj artyści są bardziej „w głowie”, niż miało to miejsce w Harmony 8.2. Choć namacalność wokali jak i średnicowych instrumentów odbywa się nieco kosztem odczuwania sceny, F4 to wciąż całkiem przestrzenne słuchawki, jednak nie w takim stopniu napowietrzone jak wspomniany wcześniej flagowiec. Sama rozdzielczość środka jest naprawdę świetnia i porównywalna z flagowcem. Być może otrzymujemy nieco mniej detali, ale nie mogę do końca polegać na swojej przeciętnej pamięci słuchowej, poza tym FIBAE 4 to konstrukcja bardziej przystępna cenowo 😉 Można tu usłyszeć naprawdę wiele detali, a nawet mikrodetali drugoplanowych. Momentami dowiadywałem się, że nagranie zawierało subtelne przełknięcie śliny lub krótki oddech. Wszystko jest niesamowicie płynne i mogę zaryzykować stwierdzenie, że lepszego środka pasma nie było mi dane do tej pory słyszeć. W mojej opinii przekaz jest nastawiony przede wszystkim na analizę, ale nie brakuje czystej przyjemności z odsłuchów. Muzyka z wokalami czy też naturalnymi instrumentami (skrzypce i pianino w szczególności) brzmi genialnie, roztaczając relaksującą aurę. Świetną robota, CustomArt! …a gdzieś wysoko łagodność Jak już wcześniej wspomniałem, wysokie tony nie należą raczej do najmocniejszych punktów FIBAE 4. Choć całościowo są to świetnie monitory, tak góra mnie nie porwała. Oczywiście należy odstawić na bok moje skrzywione i bezduszne preferencje, bowiem non-stop poszukuję w słuchawkach (bez względu na konstrukcję) większej rozdzielczości, o której w dużej mierze decydują wyraziste wysokie tony. FIBAE 4 obierają inny kierunek. Jeśli jesteś osobą uczuloną na wysokie dźwięki, a przede wszystkim ich nadmiar, słuchawki te zdają się być świetną propozycją. Technicznie rzecz biorąc, dwie armatury odpowiedzialnie za prezentowanie góry są w stanie zrobić bardzo wiele dobrego. Słychać to po reakcji na korektor, bowiem za pomocą tych magicznych suwaków można naświetlić w słuchawkach to, co nie do końca uzyskano fabrycznym strojeniem. Jeśli jednak upodobania kierują się bardziej w stronę zrelaksowanej, płynnej i łagodnej prezencji, FIBAE 4 są właśnie taką konstrukcją. W wysokich dźwiękach nie uświadczymy żadnej ostrości, choćby cienia 😊 Najprawdopodobniej jest to skutek wszechobecnego docieplenia, zwłaszcza słyszalnego w basie, aczkolwiek wciąż nie jest to jakaś przesadna ilość, dzięki czemu nie ma wrażenia zupełnego „koca” nałożonego na całe spektrum dźwięku. Przejście z wysokiej średnicy w całe górne pasmo jest płynne jak… nie mam porównania 😊 Jest płynne jak rzeka, spokojne niczym miś koala i zupełnie pozbawione niestosownych zaostrzeń. Jeśli rozważać te wszystkie kategorie, Czwórki mają bardzo dobre górne pasmo, które ponadto łatwo dostosować do swoich upodobań – czy to przy pomocy korektora, bądź też lepszego źródła (co najczęściej będzie oznaczać jaśniejszego DACa/DAPa). Podsumowanie FIBAE 4 to całościowo bardzo udana konstrukcja. Choć nie do końca wpisała się w moje (spaczone) przyzwyczajenia, muszę bardzo pochwalić ogólną klarowność i płynność brzmienia. Te dwie cechy połączone z wyraźnym dociepleniem w niskich tonach sprawia, że codzienne słuchanie muzyki jest po prostu rozkoszne – w końcu o to najczęściej chodzi w sprzęcie wyższej klasy. Ponadto łatwo mi wyobrazić sobie profesjonalne zastosowania FIBAE 4. Ze względu na bezpośrednią, wręcz intymną i szalenie realistyczną średnicę są to genialne słuchawki dla wokalistów, a nawet mogłyby znaleźć swe miejsce przy samej produkcji muzyki w studio. Z odpowiednim źródłem potrafią naprawdę zabłyszczeć, ale napędzanie ich smartfonem najpewniej okaże się wystarczające dla większości użytkowników. Podsumowując wszystkie wady i zalety mogę szczerze zarekomendować FIBAE 4 jako słuchawki stworzone przede wszystkim do delektowania się ulubionymi nagraniami! Zalety: - świetna jakość wykonania - uniwersalny model bardzo wygodnie leży w uszach - lekkie kopułki praktycznie znikają w uszach, co ma wpływ na komfort użytkowania - całkiem klarowne, ale przede wszystkim ciepłe, gładkie brzmienie pozbawione choćby cienia ostrości - otrzymujemy za to genialną średnicę, przyzwoitą (choć nie powalającą) przestrzeń oraz szalenie analityczne pozycjonowanie instrumentów na scenie - kabel dołączony do tego modelu jest wyraźnym przeskokiem in plus w ergonomii - do słuchawek łatwo dobrać źródło – grają wybornie nawet z telefonu Wady: - góra ma olbrzymi potencjał, ponieważ zastosowane armatury są świetnie jednak odniosłem wrażenie niewykorzystanych możliwości – strojenie jest więc polem do ogromnego popisu - poza tym nie widzę żadnych wad 😊
  3. Jestem w stanie się zgodzić Mój zachwyt na pewno wynika też z braku faktycznej skali porównawczej, a to z kolei wynika z tego, że żadna z większych firm nie odpisała na moje propozycje testowe, oprócz CustomArt oczywiście. O tych Soniakach słyszałem sporo dobrych rzeczy w sieci, choć Internetem rządzą teraz w dużej mierze chińskie konstrukcje (zwłaszcza BGVP DM6, które mnie bardzo ciekawią) czego nie uważam za wadę
  4. Zapraszam do zapoznania się ze świeżo opublikowaną recenzją flagowca polskiej marki
  5. Orkiestra… grać! Mocno wstrząśnięty po testach średniego modelu marki CustomArt - Fibae 3 - dostąpiłem niewątpliwej przyjemności dalszej współpracy. Na moje biurko trafiły flagowe słuchawki producenta rodem ze stolicy – Harmony 8.2. Odpakowałem, podłączyłem, posłuchałem. Orkiestra zaczęła grać… Jedno jest pewne – z harmonią mają one wiele wspólnego. Zapraszam do recenzji, w której to pragnę przedstawić swoje przemyślenia po miesiącu bardzo intensywnych testów! Opakowanie i zestaw Jak wspomniałem w recenzji FIBAE 3, egzemplarze testowe przybywają w uszczuplonym zestawie względem tego, co nabywa standardowy użytkownik. Zastępcze opakowanie skrywa zatem słuchawki, usztywniane etui oraz bardzo przyzwoite końcówki dokanałowe (w przypadku modelu uniwersalnego oczywiście). Zamawiając wersję customową, perfekcyjnie dopasowaną do uszu konkretnego użytkownika nie ma ich w zestawie, bo oczywiście nie są potrzebne. Powtórzeniem z recenzji Fibae 3 będzie powiedzenie, że zestaw jest wystarczający do rozpoczęcia użytkowania. O ile wejdziemy w posiadanie wersji uniwersalnej, zawsze można dokupić lepsze eartipy, np. te od marki SpinFit bądź inne, stosownie do upodobań. Wygląd i wykonanie Istnieje wiele słuchawek dokanałowych o konstrukcji podobnej do Harmony 8.2, jednak to właśnie one są małym dziełem sztuki. Wygląd to kwestia bardzo subiektywna i muszę przyznać, że zielonkawy wariant Fibae 3 zwieńczony niebieskim faceplatem podobał mi się bardziej. Oczywiście pan Piotr i jego ekipa potrafią zdziałać cuda na polu personalizacji i wykonać nawet bardzo skomplikowany projekt wizualny. Finalna prezentacja może się więc zupełnie różnić od tego, co ja otrzymałem do testów. Galerię niektórych do tej pory stworzonych modeli można obejrzeć na stronie producenta. W swoim arsenale CustomArt ma do dyspozycji szeroką paletę kolorów i wykończeń zastosowanego w obudowach akrylu. O ile mi personalnie nie przypadł do gustu otrzymany wariant kolorystyczny, tak wykonaniu nie mogę zarzucić absolutnie nic. Po prostu ideał! Spasowanie obudów jest wzorowe, 8.2 to mały monolit. Każda słuchawka jest perfekcyjnie zamknięta i wykończona na połysk. Dwu-pinowe gniazda, w które wpinamy dołączony przewód stanowią jedność z całą resztą obudowy. Nie ma więc najmniejszych obaw o uszkodzenie czegokolwiek. Przewód Dołączony do zestawu kabel o długości 127cm zwieńczono kątowym złączem jack 3.5mm po jednej stronie, po drugiej natomiast wtykami dwupinowymi. Jest to popularny standard na rynku słuchawek dokanałowych, który niesie dwie podstawowe zalety – łatwo wymienić przewód w razie uszkodzenia, a ponadto zawsze można zakupić inny, który będzie wnosił dodatkowe własności akustyczne 😊 Choć taka opcja istnieje nie będzie konieczna, ponieważ dołączony egzemplarz jest bardzo ergonomiczny. Da się odczuć, że został wykonany tak, by nie psuć niczego w naprawdę rewelacyjnym brzmieniu Harmony 8.2 i „wtopić się” w codzienne użytkowanie sprzętu. Kątowy jack zawsze zasługuje na pochwałę, a przewód na całej długości nie mikrofonuje, za wyjątkiem niewielkiego efektu tuż za odcinkami z pamięcią kształtu. Nie było to na tyle wyraźne i uciążliwe zjawisko, w związku czym można wybaczyć ten drobny uszczerbek. Komfort Po raz kolejny jest za co pochwalić testowane słuchawki, bowiem uniwersalny kształt obudów bardzo dobrze współpracował z moimi małżowinami przez miesięczny okres testów. O ile planujemy zakup zwyczajnego wariantu ktoś może nie podzielać moich odczuć, wszystko jest kwestią anatomii. Oczywiście firma nie na darmo zwie się CustomArt, a Harmony 8.2 również można zamówić w formie słuchawek spersonalizowanych pod ucho klienta. Wtedy dopasowanie powinno być wzorowe, a w przypadku wariantu którego dane było mi używać mogę powiedzieć, że była to czysta przyjemność. Mogłem używać 8.2 długimi godzinami i nie odczuwać zmęczenia. Wręcz przeciwnie, po każdym odsłuchu czułem odprężenie, nie tylko ze względu na ogólne dopasowanie, ale przede wszystkim dzięki fenomenalnemu brzmieniu, o którym mowa poniżej 😊 Platforma testowa Słuchawek używałem głównie ze swoim telefonem (Samsung Galaxy S4) oraz laptopem Toshiba C660-D. W przypadku drugiego źródła słuchałem naprzemiennie z gniazda jack oraz DACa AudioQuest DragonFly Black 1.5. Ze swoich obserwacji wnioskuję, że flagowca cec**je dużo większa wrażliwość na zmianę źródła, niż miało to miejsce w przypadku wcześniej testowanych FIBAE 3. Muzyka: Amy Winehouse, Agnes Obel, Adele, Beck, Biosphere, Buena Vista Social Club, Breakout, Dave Brubeck, Diana Krall, Diana Panton, Dominique Fils-Aime, Edward Sharpe & The Magnetic Zeros, Ella Fitzgerald, Flume, Gemini Rising, GoGo Penguin, Grimes, Heinali, Justice, Kaleo, Led Zeppelin, Mac DeMarco, Marcin Masecki, Myslovitz, Nils Frahm, Pink Floyd, Run The Jewels, Stan Getz, Tame Impala, Temples, The xx Brzmienie Mówiąc o naprawdę świetnym dostrojeniu tego modelu nie sposób uniknąć porównań do recenzowanych przeze mnie wcześniej FIBAE 3. Całościowo Harmony 8.2 to słuchawki neutralne, przestrzenne z dość wyraźną nutą ciepła. Jest go więcej niż we wcześniej wspomnianych średniakach, przez co przekaz staje się jeszcze bardziej ludzki i muzykalny, a mniej analityczny. Owszem, precyzji flagowcowi odmówić nie można, ale bardziej postawiono tu na płynne przejścia między poszczególnymi częściami pasma, oraz scenę, o której kilka słów później. Muszę przyznać, że uwielbiam analityczność FIBAE 3, jednak flagowiec podpasował mi jeszcze bardziej pod niemal każdym względem. Wymagało to ode mnie nieco czasu do przyzwyczajenia się, bowiem nie gustuję w słuchawkach „docieplonych”, a tym bardziej wyraźnie emanujących ciepłem w brzmieniu (te do nich nie należą). Harmony robią to jednak na tyle subtelnie, że wyraźniejsza muzykalność i płynność przekazu nie przysłania neutralności i wyrównania wszystkich pasm względem siebie. 8.2 należą do bardzo nietypowych konstrukcji, łączą bowiem tak przeciwstawne (jak mogłoby się wydawać) cechy, a efekt jest zdumiewający. Docieplone, a jednak wciąż wystarczająco jasne. Analitycznie ludzkie. Przestrzenne, a czasem bezpośrednio prezentujące dźwięki. Niesamowite. Początkowo może się wydawać, że są nudne, zwyczajnie (i lekko) ocieplone i nie dzieje się tu zbyt wiele. Często jednak sprzęty nie robiące pierwszego efektu „wow” tworzą go później, zostawiając po sobie słodkie wspomnienia. Właśnie takie są Harmony 8.2 😊 Podstawowe pytanie brzmi czy warto dopłacać do najwyższego modelu, względem choćby średniopółkowych modeli z linii FIBAE. Mogę od razu powiedzieć, że tak. Płynnie przejdźmy więc dalej do szczegółowego opisu dźwięku reprodukowanego przez flagowca. Bas Moje pierwsze wrażenie związane z niskimi tonami było mniej więcej takie: „jej… jak to nisko schodzi!!!” Rzeczywiście tak jest 😊 Trzeba wspomnieć, że bas uległ znacznej poprawie względem niższego modelu. Harmony 8.2 to nisko schodzące monstrum i choć zwiększyła się ilość dołu, nadal jest on nadzwyczaj dobrze trzymany w ryzach. Sama jakość daje znać, że mamy do czynienia z flagowcem w pełnym tego słowa znaczeniu. Wspomniane wcześniej ocieplenie całościowej prezencji dźwięku zawdzięczamy właśnie niskim tonom. Mogę mu przypisać wszystkie najwznioślejsze przymiotniki, bowiem ten rodzaj docieplenia przywodzi mi na myśl odsłuch lampowego wzmacniacza Copland CTA-405A wraz z fenomenalnymi kolumnami Bowers & Wilkins 804D3. Należy jednak pamiętać, że to zestaw stereo (w dodatku za cenę przyzwoitego samochodu), a nie słuchawki dokanałowe. Wspomniany wzmacniacz posiada tak magiczną barwę, szczególnie w basie, że po pierwszym odsłuchu ciężko było mi się pozbierać. Przybliżenie mi tych wrażeń i dostępność mobilna tego rodzaju odsłuchu jest czymś absolutnie niezwykłym. W przypadku Harmony 8.2 bardziej postawiono na zejście i jakość samego uderzenia, niż na nadmierną ilość. To cecha godna pochwały, bo w konstrukcji dokanałowej na dłuższą metę powodowałoby trudności w odbiorze (a ponadto byłoby niezdrowe dla uszu). Wszystko jest bardzo dobrze poukładane, dół w wyrafinowany sposób wędruje po scenie, ale w swoich rozsądnych granicach, będąc płynnym gdy trzeba, a czasami jego punktowość pozwala cieszyć się dobrym techno w autobusie 😊 Moment w którym wiedziałem, że „to jest to” nadszedł słuchając utworu Familiar autorstwa Agnes Obel. Oczywiście najpierw zostałem wstrząśnięty bajecznie klarownymi wokalami, o nich jednak za moment. Włączyłem kawałek, mija minuta dwadzieścia i wchodzi tak głęboki, soczysty niski ton pełen masy. Następnie znowu te bezpośrednie wokale brzmiące, jak gdyby ktoś zdjął szybę istniejącą do tej pory między mną, a artystą (chwila moment z tymi wokalami, ale nie mogę się powstrzymać). Klękajcie narody… Dosłyszałem się też większego grzmienia w muzyce orkiestrowej, niskie partie fortepianu nabrały więcej „mięsa” (lub masy jak kto woli) względem FIBAE 3, podobnie pozostałe instrumenty. Jednym słowem – referencja. W słuchawkach dokanałowych jeszcze długo będzie to dla mnie punkt odniesienia. One nie mają basu, tylko przepotężne basisko, jednocześnie genialnie trzymane w ryzach. Harmony tak cudnie zresetowały mi mózg, że nie mam nic więcej do powiedzenia. CustomArt nie zawodzi po raz kolejny! Średnica Wokale to po prostu wspaniała sprawa… Włączam De Camino a La Vereda w wykonaniu Buena Vista Social Club i od razu czuć czego są warte Harmony 8.2. Instrumenty już od pierwszych wybrzmiewają z ogromną precyzją, odpowiednią masą. Chwilę później pojawia się męski wokali, a już wszystko wiem. Bezpośrednia prezentacja, tak bardzo przeze mnie chwalona i poszukiwana została tu zrealizowana na najwyższym poziomie. Recenzowany flagowiec daje świetne uczucie obcowania z artystami sam na sam, wszystko jest niezwykle realistyczne. W środku pasma również da się wyczuć lekkie docieplenie całości, choć nie należy tego rozumieć poprzez wchodzący na głowę wokalom bas. Właściwie każdy utwór odtwarzany na tych słuchawkach można przyrównać do wielowarstwowego ciasta, gdzie wszystko jest wzorowo ułożone, a pozycjonowanie poszczególnych elementów łatwo określić. Słuchając chopinowskiego fortepianu w wykonaniu Francoisa Chaplina absolutnie zdumiewa mnie możliwość rozróżnienia pozycji niskich tonów od wyższych, a te które mieszczą się w średnicy brzmią z taką lekkością i gładkością… Cały czas miałem wrażenie, jakbym widział klawiaturę instrumentu. Harmony 8.2 silnie stawiają na realistyczność i ludzki wymiar przekazu, odchodząc tylko odrobinę w bok od analityczności. Choć i tej ostatniej cechy im nie brakuje, to jednak idealnie łączą realizm i przyjemność odsłuchu z naturalnością oraz brakiem przekoloryzowania, które jest oczywiście niepożądane. Dźwięki średnicy wybrzmiewają jeszcze bardziej „do końca”, względem FIBAE 3 zauważyłem tendencję do lepszego wyciągania na wierzch mikrodetali, a poszczególne tony kończą się odrobinę większym zaokrągleniem. Średni model ze stawki stawiał bardziej na precyzję ponad wszystko, przez co dźwięki posiadały ostrzejsze „krawędzie”, ale to subtelne różnice. Przedmiot recenzji ma zatem bardzo wiele wspólnego z harmonią! Góra Wysokie tony to aspekt świetnie w tym modelu dopracowany, ale ja to ja i już na starcie muszę powiedzieć, że kilka bardzo drobnych rzeczy bym poprawił (nie znaczy to, że góra jest do niczego – dokładnie odwrotnie). Odstawmy jednak moje spaczone preferencje na bok, by zająć się opisem tego, co potrafią Harmony 8.2 – a potrafią bardzo wiele. Dwie armatury odpowiadające za reprodukcję wysokich tonów tworzą coś naprawdę wyrafinowanego. Choć właściwie ciężko mówić tu o jakiejś tam plebejskiej „reprodukcji”. 8.2 roztaczają wokół słuchacza potężną magię. Tu jest wszystko – przestrzeń, precyzja, a dodatkowo powtórzył się „efekt” z FIBAE 3. Mianowicie chodzi mi o to, że im wyżej wędrują dźwięki tym więcej w nich powietrza, sceny, rozdzielenia stereofonicznego. Tutaj również to występuje, tylko że razy dwa 😊 Kocham, kocham, uwielbiam! W takim razie czytelnik niniejszej recenzji może pomyśleć „czego więc oczekujesz”? Cóż, tak jak pisałem wcześniej, ja to ja, w związku z czym posiadam swoje wygórowane (hehe) preferencje w temacie wysokiego pasma. Oczywiście CustomArt zrobi co zechce, jeśli jednak mogę coś doradzić, to wyjąłbym jedną cechę z FIBAE 3 podczas konstruowania następcy 8.2 (pewnie takowy pojawi się w przyszłości). Mianowicie gdyby góry było po prostu więcej (odrobinę), a jej obecność delikatnie podkreślono jak we wspomnianym średniaku byłbym w siódmym niebie. Nie uważam, że minimalne obniżenie ilości należy uznać za wadę kategorycznie przekreślającą flagowca. Mnie jako treblehead’owi po prostu czegoś odrobinę brakowało, czego miałem już okazję doświadczyć. Poza tym wysokie tony w Harmony to czysta przyjemność odbioru. Ilościowo jest ich w punkt, na pewno osoby uczulone na ten aspekt będą przeszczęśliwe. Wysokie dźwięki są zawsze gładkie, ciągną się z bardzo dalekim rozszerzeniem, jednocześnie nigdy nie wystąpiły sybilanty. W skrócie – zero ostrości, maksimum detalu i przyjemności. Do referencji brakuje mi osobiście bardzo minimalnie ich zwiększonej ilości, ale ze względu na liniowość, szczegółowość i genialną przestrzeń tego pasma pozostają mi tylko owacje na stojąco! Podsumowanie Zachwycony po testach FIBAE 3 postanowiłem przymierzyć się do flagowca, który to zupełnie wprawił mnie w osłupienie. Harmony 8.2 zmieniły mój sposób postrzegania personalnego audio, oraz tego co jest możliwe do wykonania w tak niewielkiej konstrukcji. Miesięczny okres testowy potwierdził mi również, że CustomArt jest przede wszystkim zbiorem właściwych ludzi na właściwym miejscu. Pan Piotr Granicki i jego ekipa mają prawdziwą pasję do dźwięku, która bije z każdej strony poprzez ich produkty. To dla mnie wystarczające, by flagowe Harmony 8.2 gorąco zarekomendować. Czy są warte zakupu? Oczywiście, o ile będziesz w stanie przełknąć ciężką cenę w wysokości 4400 złotych za to audiofilskie dzieło sztuki. Choć grają świetnie jedynie z telefonu warto przemyśleć dodatkowy zakup dobrego źródła (odtwarzacza DAP albo mobilnego DAC/AMPa). Wtedy będą absolutnie błyszczeć każdą ze swoich najsilniejszych cech. Pozostaje mi tylko powiedzieć, że podpisuję się pod tymi słuchawkami przy użyciu wszystkich kończyn 😊 Plusy - świetna jakość wykonania obudów - ergonomiczny przewód mało się plącze, niemal całkowity brak efektu mikrofonowego, kątowy jack 3.5mm - komfort użytkowania, można spokojnie dokonywać kilkugodzinnych odsłuchów nawet na modelu uniwersalnym - zniewalające brzmienie – neutralne z wyraźniejszą nutą ciepła, przestrzeń, rozdzielczość, detal i wszechobecny realizm - niesamowita masa akustyczna jaka z nich wypływa nie jest jednocześnie przytłaczająca - ogromna ilość detali podana w nienachalny sposób, dzięki czemu całość jest bardzo płynna, przyjemna w odbiorze - referencyjny bas, lepszego z armatury nie słyszałem - średnica chyba jest tworzona przez magiczne „coś”, a nie armatury – przekaz nadzwyczaj neutralny, ale nie suchy, w paśmie tym jest pełno detali i ludzkiego wymiaru, bezpośredniość prezentacji na tle sceny to geniusz - rewelacyjnie sprawdzą się w każdym gatunku muzyki, ale najbardziej w klasyce, jazzie i (o dziwo) elektronice (pomimo wyraźniejszego ciepła) - każdy utwór odkrywa się wraz z nimi na nowo - neutralność słuchawek można dość znacznie wysterować, bo są czułe na zmianę źródła - produkowane w Polsce 😊 - po prostu niepokoją mnie umiejętności ludzi z CustomArt – muzyczni magicy! Czas pokaże co będzie dalej Minusy - góry mogłoby być odrobinę więcej (bardzo się czepiam…) - cena może być dla niektórych nie do przeskoczenia, ale jeżeli wiesz czego szukasz będą szokować brzmieniem za każdym kolejnym odsłuchem Tekst oraz zdjęcia są mojego autorstwa
  6. To to jeszcze cienki jest W planach siedmio-żyłowe ze srebra i z ciekawszą geometrią, ale na razie jest to co jest
  7. Tak przy okazji to zbieram chętnych na druty, na razie powyższa sztuka czeka na nowego właściciela Chętni niechaj skrobną coś do mnie w wiadomości prywatnej tu na forum
  8. Zrobiłem sobie ostatnio świetny przewód zasilający Miedź monokrystaliczna 3 x 16AWG, każda żyła w izolacji PTFE, a całość w ozdobnym, rozciągliwym nylonie. Bardzo ciekawie wpływa na dźwięk lekko rozjaśniając system i dodając nieco przestrzeni. Słuchałem wraz z Gato Audio DIA-400S i tam bardzo dobrze sobie poradził z prezentacją wokali - bardzo płynna, dość przestrzenna i subtelnie cofnięta może o ćwierć kroku. No i jeszcze ten wygląd... kabelek udał się całkiem nieźle
  9. Sprzęt do testów otrzymałem dzięki niezwykłej uprzejmości firmy CustomArt. Serdecznie dziękuję! CustomArt założona w 2012 roku w Warszawie przez Piotra Granickiego zajmuje się wytwarzaniem wysokiej klasy słuchawek dokanałowych, w tym również customów (czyli modeli dostosowanych do konkretnego ucha). Dnia 6 lutego spadła mi na dom bomba atomowa… to znaczy model umieszczony w środku stawki producenta – trójprzetwornikowy Fibae 3. Miałem niebywałą przyjemność obcowania z nim przez dłuższy czas, a poniżej pragnę przedstawić swoje subiektywne opinie. Zapraszam do materiału! Opakowanie i zestaw Niesprawiedliwe byłoby ocenianie fabrycznego kompletu akcesoriów z perspektywy testowego egzemplarza, jaki otrzymałem. Prócz samych słuchawek w pudełku znalazłem jedynie niewielkie, usztywniane etui oraz cztery pary końcówek dokanałowych. Całość przybyła w niewielkim, kartonowym opakowaniu. Jeśli jednak kupujemy coś od CustomArt, zestaw jest już bogatszy i zauważalnie lepiej się prezentuje. Dodatki, które otrzymuje nabywca obejmują (prócz tego co wymieniłem) sztywne etui Peli 1010, narzędzie do czyszczenia słuchawek oraz kartę gwarancyjną. W takim wypadku zestaw jest stosownie rozbudowany i oferuje wszystko, czego potrzeba by zacząć użytkowanie. Jakość wykonania i użyte materiały Producent oferuje obudowy słuchawek w dwóch podstawowych wariantach, jeśli chodzi o użyty materiał – akryl lub silikon. W przypadku tego pierwszego do wyboru mamy zarówno wariant o uniwersalnym dopasowaniu, jak i custom fit, tworzony na zamówienie dla konkretnej osoby. Miękkie modele z silikonu tworzone są tylko w wersji spersonalizowanej. Mamy też możliwość wyboru kolorów na obudowie, do mnie na testy trafiła wersja akrylowa w kolorze jasnozielonym połączonym z niebieskim wykończeniem zewnętrznej części, widocznej w uchu po założeniu słuchawek. Jakości wykonania nie mogę nic zarzucić, ponieważ jest wzorowa. Spasowanie części zamykającej obudowę z całą resztą jest gładkie, łączenia niemal nie widać. Zastosowany akryl daje bardzo przyjemne uczucie obcowania z produktem klasy premium. Dwu-pinowe gniazda (standard 0.78mm) służące podłączeniu kabla zostały osadzone niezwykle solidnie, sam przewód niezwykle trudno z nich wypiąć nawet celowo. Zwiastuje to bezproblemowe użytkowanie bez obaw, że coś się stanie. Nic nie pretenduje tu do tytułu taniej zabawki z Chin, choć oczywiście zalecam dbanie zarówno o sprzęt oraz higienę kanałów słuchowych. Za użyte materiały i przemyślane wykonanie Fibae 3 dostają dużego plusa na start. Kilka słów odnośnie wcześniej wspomnianego przewodu. Ma 127 centrymetrów długości, zakończono go wtykiem jack należycie wygiętym do 90 stopni. O zaletach kątowego złącza chyba nie muszę opowiadać, zwykle rozwiązanie takie redukuje zbędne naprężenia i wygodniej używa się słuchawek wraz z telefonem lub odtwarzaczem mobilnym. Efekt mikrofonowy występuje, choć nie jest szczególnie silny. Dotyczy jedynie odcinka od dwu-pinowych złączy do splittera. Poza tym przewód został wykonany dobrze i nie mam żadnych większych zastrzeżeń odnośnie ergonomii. W mojej opinii odcinki z pamięcią kształtu mogłyby być dłuższe o jakieś 5mm z każdej strony. Odnoszę wrażenie, że dopasowanie byłoby wtedy lepsze, całość pewniej trzymałaby się tylnej części małżowiny. Osobom z uszami mniejszymi niż moje raczej nie będzie to doskwierało. Komfort Na tym polu Fibae 3 oraz inne modele będą spisywać się różnie w zależności, który typ obudowy wybierzemy. W przypadku customów oczywiste będzie wzorowe dopasowanie do naszych małżowin, natomiast wygoda uniwersalnego kształtu jest już kwestią anatomii uszu. Do testów otrzymałem właśnie model uniwersalny i muszę powiedzieć, że poradziły sobie zdecydowanie najlepiej z dopasowaniem, spośród wszystkich standardowych IEMów, jakie kiedykolwiek miałem. Każda z kopułek jest bardzo lekka, co tylko sprzyja komfortowi podczas dłuższych odsłuchów. Dobry dobór eartipów jest tutaj kluczowy, by uzyskać wygodę, pomoże też w skutecznej izolacji od otoczenia. Jeśli poradzimy sobie z odpowiednim dopasowaniem, słuchawki naprawdę solidnie wytłumiają niechciane hałasy. Silnik autobusu niemal przestaje istnieć, a na przejściu na pieszych lepiej rozejrzeć się dodatkowe kilka razy. Jak wspomniałem wcześniej, w komplecie otrzymujemy cztery pary końcówek dokanałowych. Jedna z nich to tzw. double flange, trzy pozostałe są tradycyjnymi, jednowarstwowymi wersjami. Wszystkie są wykonane z dobrej jakości silikonu i mogę powiedzieć, że to jedne z wygodniejszych jakie było mi dane używać. Podczas testów używałem średniego rozmiaru dla obu uszu, większość czasu jednak przejęły tipsy JBL’a (od słuchawek T290) o takiej wielkości. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że producent chyba dodał wersje o zbyt małej średnicy wewnętrznej kanału, którym płynie dźwięk. Ileż to razy końcówka została w moim uchu, lub słuchawka nie mogła jej utrzymać na swojej dyszy (ma średnicę 5 milimetrów)… Zalecam używanie własnych tipsów, gdyż otrzymane w komplecie sztuki są odrobinę za małe. Oczywiście zawsze można nie mieć wyżej opisanego problemu, zamawiając customy 😊 Reasumując komfort uniwersalnych Fibae 3, wszystko zależy od użytych końcówek. Można tutaj uzyskać naprawdę świetną izolację, a sprzęt nadaje się do używania przez dłuższy czas. Moje uszy się nie męczyły, zapewne wielu innych użytkowników również będzie to zdanie podzielało. Platforma testowa Obrałem standardową metodologię testowania, to znaczy podczas odsłuchów mających krytyczny wpływ na treść recenzji wyłączone były wszelkie korektory EQ, filtry itp. Na platformę testową składały się trzy źródła: - Galaxy S4 (model i9505) - laptop Toshiba C660D (z Windows 10 i odtwarzaczem Foobar2000 w wersji 1.4.1) - przetwornik A/C Audioquest DragonFly Black 1.5 podłączony do wyżej wymienionego komputera Brzmienie Całościowo sprzęt gra bardzo rozdzielczym, neutralnym w całym paśmie dźwiękiem. Choć w żadnej jego części nie panuje nadmiar, to z całą pewnością można wyczuć podążanie w jasnym kierunku z subtelnie dodaną nutą ciepła. Scenę określiłbym jako średnio rozbudowaną na boki, pokaźnie w tył i do dołu oraz subtelnie w przód. Uwagę zwraca fenomenalne poukładanie instrumentów w obrębie sceny. Obrazowanie zasługuje na naprawdę najwyższe noty. Z żadnego wcześniej testowanego kompletu słuchawek nie słyszałem tak wyraźnego uporządkowania. FIBAE 3 reprodukują nagrania w naprawdę wyrafinowany sposób, bez ilościowej przesady w basie, średnicy jak i górze. Wszystko zostało dobrane tak, by słuchacz się nie męczył, wręcz przeciwnie – na żadnym sprzęcie do tej pory nie doświadczyłem tak zjawiskowej lekkości w przekazywaniu poszczególnych dźwięków – odnosi się wrażenie, że całość nie płynie z armatur. Można ufać moim uszom mniej lub bardziej, ja jednak odebrałem testowany model jako coś, co „jedynie” umiejętnie dodaje muzykę do otoczenia, zamiast szczególnie zwracać uwagę na siebie. Naprawdę mnie urzekła taka prezentacja. Przejdźmy do konkretów. Bas Nie pozostaje mi nic innego, niż określenie go jako wspaniale referencyjny wśród słuchawek dokanałowych w tym przedziale cenowym. Nie brakuje głębokiego zejścia, które przy wielu nagraniach naprawdę powoduje opad szczęki. Oczywiście może brakować niskich tonów w kontekście ilości, nie zbliżymy się w tej materii do dobrych dynamików, ani słuchawek planarnych tym bardziej. Postawiono zdecydowanie na jakość za cenę ogólnej ilości, w konstrukcji dokanałowej uważałbym to jednak za zaletę. Nic nie robi nadmiernego „łup, łup” dzięki czemu uszy będą dłużej służyły 😊 Nie dosłyszałem się żadnych wyraźniejszych podbić w całym paśmie. Otrzymujemy bardzo czysty, nisko schodzący jednak wciąż rozsądny ilościowo bas. Wspaniale! Średnica O… jakże to dobre! Prezentacja środka została oddalona od słuchacza, jednak niewiele – może o „pół kroku”. Z każdym źródłem byłem w stanie uzyskać przezroczyste wokale o bardzo dobrej rozdzielczości całościowej. Armatura odpowiedzialna za tą część spektrum wykonuje swoje zadanie bardzo solidnie. Mówiąc o przezroczystości mam na myśli lekkość, jednocześnie z zachowaniem gładkości i odpowiedniej siły przekazu. FIBAE 3 rewelacyjnie radzą sobie z oddaniem tekstury wokali i pozostałych dźwięków ulokowanych w środku pasma. Dzięki temu instrumenty takie jak gitara akustyczna brzmią po prostu świetnie. Zostaje przekazana energia, wyrazistość i dynamika. Wszystko odbywa się w sposób nienarzucający się, nic nie zdaje się być podbite. Słuchawki również na tym polu starają się odtworzyć dźwięki neutralnie. Polecam posłuchać na tym sprzęcie Amy Winehouse – wszystko żyje! Da się wyczuć subtelne podążanie konstrukcji w kierunku jasności, nie dosłyszałem się jednak cienia ostrości – tym bardziej sybilantów. Na FIBAE 3 jest to raczej nie możliwe. Wokale wybrzmiewają wyraźnie i z wyczuwalną mocą, nie są za to ani trochę metaliczne w swojej umiejętnej jasności. Podsumowując średnicę – jest płynna, gładka i zaprezentowana z minimalnym oddaleniem od słuchacza. Nie oznacza to jednak wycofania oraz tego, że słuchawki grają V-ką. Dźwięki znajdujące się w paśmie nie męczą nawet przez długie odsłuchowe godziny. Moim skromnym zdaniem próba korekcji słuchawek na tym polu niemal zawsze zakończy się fiaskiem. Średnica została zrobiona tak dobrze, że już nic bym nie poprawiał. Takie dokanałowe HD600… Góra Wspomniałem nie raz, że słuchawki wędrują w kierunku jasnego strojenia z zachowaniem neutralności. Rzeczywiście tak jest, bowiem wszelkie podbarwienia występujące w tonach wysokich są na tyle subtelne, by nie męczyły. Trójprzetwornikowe FIBAE na pewno nie są konstrukcją zakłócającą przekaz, góra jest wyraźna. Ba, ciągnie bardzo daleko (lub też wysoko). W tym wszystkim nie dosłyszałem się ani cienia sybilacji. Słuchawki nawet nie raczą pokazać żadnej słabości w kwestii wysokich tonów. Cały czas pozostają zrównoważone będąc dość jasnymi. Marzenie treblehead’a? Może i nie, ale na pewno niczego im nie brakuje w tej materii. Dostrzegłem ciekawe zjawisko, mianowicie im dalej wędrują wysokie tony w utworach, tym mocniej mogłem usłyszeć dobrą separację nut. Między nimi znajdowała się nadal dobra ilość powietrza. Nie spotkałem się z tym do tej pory, zapewne głównie dlatego, że korzystałem ze sprzętu przeciętnej jakości. FIBAE 3 otwierają oczy w tej dziedzinie. Są naprawdę solidnie „przewietrzoną” konstrukcją tam, gdzie inni zawodnicy już dawno się duszą, a górne dźwięki stają się piskliwe i stłamszone do bezkształtnej masy. Saksofon, skrzypce czy flet brzmi na recenzowanych słuchawkach naprawdę świetnie. Trójki znajdują się w ścisłej czołówce moich ulubionych sprzętów do odsłuchu jazzu. Rozgościły się dumnie tuż obok Audeze LCD-3, a te kosztują ponad cztery razy więcej od obiektu niniejszego tekstu. Niech świadczy to o czymś naprawdę rewelacyjnym. Podatność i reakcja na korekcję Wspomniałem o tym odrobinę przy okazji opisu średnicy, jednak tematowi należy się osobny akapit. Muszę powiedzieć, że zdumiewające rezultaty jakie osiągałem nawet prosto ze słabych źródeł (takich jak komputer czy telefon) przerosły moje oczekiwania i to o kilka poziomów. FIBAE 3 „prosto z fabryki” są modelem okraszonym tak dobrym strojeniem, że śmiem uważać używanie korektora EQ za małe przestępstwo. W ich przypadku jest to naprawdę zbędne. Najczęściej nie reagowały poprawnie na majstrowanie suwakami. Albo bas stawał się dudniący, lub coś innego zaczynało niedomagać. Oczywiście nikomu nie zabraniam eksperymentowania w tej dziedzinie, sam to robiłem. Po wszystkich eksperymentach uznałem, że poprawianie czegoś, co od początku do końca nie jest zepsute mija się z celem. Uważam , że neutralność słuchawek w całości pasma połączona z wszechobecnym wyrafinowaniem (średnica!) pozwala odstawić EQ w kąt i zwyczajnie rozkoszować się nagraniami 😊 Dla kogo? CustomArt FIBAE 3 z całą pewnością mogę polecić entuzjastom neutralnego brzmienia. Choć wielu osobom powinny wygodnie leżeć w małżowinach, trzeba jednak być fanem dokanałówek. Nawet jeśli nie mamy porządniejszego źródła, możemy zainwestować w ten model w ciemno. Odpłaci się fenomalnym, rozdzielczym i przestrzennym graniem nawet z telefonu. Odnośnie tego mam jeszcze małą dygresję 😊 Wędrowałem pewnego razu na autobus i słuchając pierwszych nut utworu Poszłabym za tobą zespołu Breakout, z wrażenia aż obejrzałem się w lewo. Pierwsze nuty gitary brzmiały tak realistycznie, z rewelacyjną przestrzenią… Niesamowite. Miałem naprawdę sporo momentów opadu szczęki podczas prawie miesiąca czasu, by obcować z tymi słuchawkami. To tylko jeden z nich… Podsumowanie Nacieszyłem się tym modelem niczym dziecko w piaskownicy. Jeżeli chcemy rozpocząć przygodę z rewelacyjnym dźwiękiem mobilnym ciężko mi wyobrazić sobie solidniejszą propozycję w przedziale cenowym 2000-2500 złotych. Będzie to świetny start, zwłaszcza że nie trzeba liczyć dodatkowej kwoty na dedykowany odtwarzacz - grają świetnie nawet z telefonu. Wygoda, dobry kabel, nieco mniej dobre końcówki dokanałowe. To jednak drobna wada, które można łatwo wyleczyć (SpinFit się kłania). Pod względami sonicznymi FIBAE 3 zachwyciły mnie na bardzo wielu polach. W związku z tym mogę je gorąco polecić. Są pokojem odsłuchowym dostępnym na wynos. Coś wspaniałego… Zalety: - produkowane w Polsce, dobrze że jest już firma nad Wisłą, która się tym zajmuje - rewelacyjne brzmienie całościowo - świetne zejście basu, ilościowo jest go w sam raz - piękna, gładka średnica, oddaje emocje z nagrań zachowując niezwykłą lekkość - góra sięgająca niebios bez ani jednego, choćby najmniejszego sybilantu - nieprzerwane odczucie, że dodajemy do otoczenia jedynie muzykę, nie jakiś sprzęt - dobra wygoda użytkowania, ale będzie zależeć od doboru eartipów oraz kształtu ucha (dotyczy tylko modelu uniwersalnego) Wady: - niektórym cena 2100 złotych może być progiem nie do przeskoczenia w słuchawkach dokanałowych (choć są bardzo opłacalne) Tekst oraz zdjęcia są mojego autorstwa
  10. Jest to moja pierwsza recenzja płyty, proszę więc o wyrozumiałość Dawno nie słyszałem, by ktoś tak pięknie „zbezcześcił” sztukę… Marcin Masecki jest polskim pianistą, mającym na koncie cztery płyty solowe oraz sporo większych i mniejszych projektów tworzonych we współpracy z innymi artystami. Protagonista niniejszego tekstu zjadł zęby na utworach Chopina, grając je za młodu, a dla mnie nokturny są naprawdę fenomenalną wisienką na całym muzycznym torcie pana Marcina. Zapraszam do recenzji płyty Chopin nokturny! Aspekty techniczne Album został nagrany w Studio Koncertowym Polskiego Radia im. W. Lutosławskiego dnia 15 grudnia 2016 roku. Za mastering odpowiedzialny jest Michał Kupicz. Płytę można nabyć w formacie CD w różnych sklepach (np. Empik lub na stronie wytwórni Lado ABC) lub słuchać jej przez serwisy streamingowe (Tidal, Spotify i zapewne znajduje się też na innych). Przejdźmy do oceny albumu… a ta jest bardzo wielopoziomowa i ciekawa W pierwszej linii napisałem, że kunszt Chopina został w pewien sposób zbezczeszczony. To fakt, jednak właśnie takiego podejścia oczekiwałbym również w innych nagraniach Maseckiego. Choć wszystkie utwory zostały nagrane na starym pianinie, zakupionym za 400 euro w jednym ze sklepów muzycznych, nie gra to roli. Mało tego, powiedziałbym nawet, że nadaje specyficznego klimatu, którego brakuje w profesjonalnych, perfekcyjnie zimnych wykonaniach innych artystów. Sam autor mówi, że instrument, którym operuje „nie jest do tego” i biorąc pod uwagę „poważne” podejście do muzyki klasycznej, nie powinno się czegokolwiek nagrywać na lekko rozstrojonym, starym urządzeniu o dość niskiej jakości. Można nazwać mnie ignorantem, jednak dla mnie sam instrument niema znaczenia. Tutaj wybrzmiewa prawdziwa muzyka i obecność w niej samego grającego. Miewałem już dni, gdy płyta pogrywała z mojego komputera zapętlona, przez jakieś 5 godzin. W tych nagraniach zaistniała prawdziwa magia i coś czego nie potrafię do końca nazwać, jednak grzeje mi serducho 😊 Nokturn b-moll Op.9 wprowadza mnie w dość specyficzny nastrój refleksji, choć jeszcze skuteczniej czyni to Des-dur Op.27. Stan ten nadchodzi jeszcze szybciej, gdy pomyślę o wykorzystaniu tych utworów w rewelacyjnym serialu Ślepnąc od świateł w reżyserii Krzysztofa Skoniecznego (serdecznie polecam). To właśnie dzięki niemu odkryłem Nokturny. Marcin Masecki i jego rozstrojone pianino Cała płyta jest jak spójna opowieść, którą można bez zająknięcia pochłonąć w jeden wieczór. Doceniam również walory audiofilskie – nokturny w wykonaniu Maseckiego stały się moim nieodłącznym elementem referencyjnym. Przynajmniej jeden utwór nie ominie żadnego z recenzowanych przeze mnie sprzętów. Są to naprawdę solidnie zrealizowane nagrania, które mogę polecić jako element platformy testowej. Podsumowanie Cóż ja mogę więcej rzec? Chopin nokturny to świetna płyta, pokazująca, że sprzęt jakim operuje autor nie ma większego znaczenia, gdy muzyka gra mu w duszy. Ba, może nawet stać się swego rodzaju urozmaiceniem w perfekcyjnym świecie, perfekcyjnie wykonanych utworów naszego znamienitego kompozytora z dziewiętnastego wieku. Masecki rewelacyjnie operuje swoim przestarzałym, rozstrojonym pianinem jako walorem estetycznym. W wykonaniach słychać duszę, szczery wkład i zachowanie profesjonalizmu, choć bez skrajnego chłodu i perfekcji, jaki towarzyszy wielu innym artystom. Nokturny nie zostały w tym przypadku zagrane „tak jakby chciał tego Chopin”, ale w pełni przelane zostało wyobrażenie grającego. I to jest piękne… Album serdecznie polecam 😊 Ocena ogólna: 10/10
  11. Na początek mała uwaga: Sprzęt zakupiłem na własny użytek ze sklepu TOP-HiFi, ponieważ nie mam sponsora, a nawet gdybym go kiedyś miał, to bardzo chciałbym, żeby nie miało to wpływu na to co tutaj piszę. W końcu recenzja to subiektywizm, czyż nie? Zabierałem się do pisania niniejszego tekstu jak do głaskania jeża… Ciężko było, choć Audioquest reprezentuje wysoki poziom w segmencie tzw. mikroDAC-ów. Chcę jak najdokładniej opisać wrażenia jakie miałem przez ostatnie dwa tygodnie obcowania z Czarną Ważką (ta nazwa będzie się przewijała przez resztę tekstu). A są one bardziej niż pozytywne. Muszę powiedzieć, że jest to mój pierwszy DAC, więc proszę byście do wszystkich opisanych tutaj wrażeń i spostrzeżeń podchodzili z lekkim dystansem. Bez dalszych zbędnych słów zapraszam do recenzji! WYKONANIE/DESIGN/CO W PUDEŁKU Sprzęt przychodzi do nas w bardzo ładnym pudełku, które zdradza, że mamy do czynienia ze sprzętem naprawdę dobrej jakości. Samo opakowanie jest wykończone na matową czerń, podobnie jak samo urządzenie. W zestawie otrzymujemy oczywiście naszego DACa, zgrabne i dobrze wykonane etui ze skóry (zapewne tej eko, a nie pochodzenia zwierzęcego) oraz instrukcję obsługi. Ważka ma wymiary standardowego pendrive’a i jest wykonana wzorowo. Biorąc urządzenie do ręki zdecydowanie czuć, że kupiliśmy produkt premium. Nic nie trzeszczy, całość wykonano z metalu poza zatyczką portu USB, która jest plastikowa, ale jej wykonaniu też nie można nic zarzucić. Na plus również to, że po wsunięciu do końca ciasno trzyma się portu. Podobnie ma się rzecz z gniazdem jack 3.5mm – jest wpasowane absolutnie perfekcyjnie w urządzenie i przy podłączaniu/odłączaniu słuchawek nie mamy wrażenia tandety. Stawia przyjemny opór, taki w sam żeby nic się samo nie odłączyło przez przypadek. Podsumowując wykonanie – czarny Dragonfly jest zbudowany tak, jakby miał przeżyć zderzenie z czołgiem i w dodatku pięknie świeci jego logo. Niepalcująca się obudowa na ogromny plus. POŁĄCZENIE Z URZĄDZENIAMI Myślę, że warto poświęcić temu aspektowi oddzielny akapit. Dragonfly Black według zapewnien producenta powinien bez problemu działać na komputerach z systemami Windows, macOS oraz Linux, a także z urządzeniami mobilnymi działającymi na iOSie oraz Androidzie (od 4.0 w górę). Wszystko ładnie pięknie, ale mam parę zastrzeżeń. Z komputerem na Windowsie 10 Pro przetwornik działa bez problemu, bez instalacji niczego – podłączamy i działa. W moim przypadku gorzej było z Androidem. Posiadam Samsunga Galaxy S4 jako telefon na co dzień. Po zakupieniu stosownej przejściówki i podłączeniu Ważki dźwięk był nienaturalnie głośny i pełen takiego ‘cyfrowego pierdzenia’ (nie wiem jak to końca określić, w każdym razie trzeszczało). Poczytałem porady mądrych ludzi na Reddicie i okazało się, że Android jest kiepski jeśli chodzi o natywną obsługę dźwięku po USB. Problem rozwiązał się sam po zainstalowaniu aplikacji USB Audio Player (37zł). BRZMIENIE Zanim przejdę do opisu brzmienia warto nadmienić, że Dragonfly był przeze mnie testowany naprzemiennie wraz z laptopem Toshiba C660D i Samsungiem Galaxy S4. A więc tor w przypadku odsłuchów był następujący Toshiba C660D -> Dragonfly Black -> Sony MDR-7506 lub Galaxy S4 -> przejściówka USB OTG -> Dragonfly Black -> Sony MDR-7506 Kilku moich czytelników, którzy się orientują jakiego sprzętu używam pewnie zapytają: „Eeee… panie, a gdzie douszne słuchawki są?” Aktualizacja w sprawie świata dokanałowego jest taka, że swoje KZ ZST zgubiłem na mieście wraz z modułem Bluetooth, z kolei w VE Monk+ padł mi jeden kanał, bo byłem ciekaw co jest w środku. Tym sposobem zostały mi jedynie JBL’e T290, ale szkoda strzępić klawiatury na to… Podsumowując – sprzęt niestety testowałem z jedną parą słuchawek. A jak brzmi Ważka? Ło panie… dużo tu pisać. Na początek trzeba nadmienić, że charakter Black’a jest lekko ciepły, na pewno basowy, ale w granicach zdrowej ilości niskich tonów. DAC jest zupełnie cichy gdy nic przez niego nie przepływa, to na duży plusik Tak powinno być. Względem komputera jak i telefonu różnica w jakości to niebo a ziemia. Podstawą czarnej ważki jest dobra rozdzielczość i całkiem przyzwoita scena. Dźwięk nabiera przy nim soczystości jakiej wcześniej nie było, gdy puścimy sobie coś szybszego, albo gdzie separacja instrumentów dodaje dynamiki, to aż chce się tańczyć (ja testowałem na przykład płytkę „Jazz Samba” duetu Getz/Gilberto i rytmicznie sobie podskakiwałem przy niektórych utworach). Co brzmi wybitnie dobrze (według mnie) gdy przepuścimy muzykę przez Dragonfly’a? Na pewno ambient, ze względu na naprawdę świetną rozdzielczość. W dźwięku kiedy trzeba jest delikatność. Do czegoś bardziej basowego również będzie super (The xx brzmi rewelacyjnie). Najwięcej słucham elektroniki, jazzu i ambientu więc na tym polu mogę się najbardziej wypowiedzieć. Zrobiłem teraz trochę wyjątku i podczas testów było więcej starej muzyki rockowej. W bardziej akustycznych płytach gitara nabiera zupełnie nowego oblicza, a słuchałem „Joanne” Lady Gagi, który ma kilka utworów o akustycznym brzmieniu. Prezentacja gitar jest jasna i wyostrzona w zdrowym stopniu, przez co wszystko jest bardziej szczegółowe. Rozpłynąłem się dopiero przy dwóch innych albumach – „Dark Side of the Moon” Floydów oraz „Substrata” stworzony przez Biosphere. Ważka po prostu tam błyszczy i pokazuje 100 procent możliwości. Jak usiadłem do albumów, to już nie chciało mi się wstawać. To chyba najlepsza rekomendacja. Czy da się słuchać MP3 przez taki sprzęt? Owszem, za wyjątkiem próbkowania 128kb/s, o ile ktoś w ogóle słucha takiej kaszany Zakładam, że artykuł czytają osoby na nieco wyższym poziomie rozwinięcia audiowizualnego. Spotify przy ustawionej najwyższej jakości brzmi już naprawdę w porządku, soczyście i bardzo przyjemnie się słucha. Odpowiednie pliki stratne to nie grzech Podsumowując brzmienie: - bas jest podbity, ale w rozsądnych granicach i nie jest to takie podbicie, jakbyśmy sobie coś tam przestawili w korektorze dźwięku - piękna średnica, wokale to poezja (Ella Fitzgerald brzmi bardzo realistycznie i w ogóle wszystko co ma dużo wokali po prostu płynie) - czyściutko w górze, nie dosłuchałem się sybilantów, jest rozdzielczość i trochę powietrza - poszerzona scena i polepszona separacja instrumentów względem każdego urządzenia, z którego do tej pory słuchałem muzyki PODSUMOWANIE: Dragonfly Black jest z całą pewnością urządzeniem popularnym i wyjątkowym. Wielu osobom zainteresowanym branżą audiofilską nie trzeba dwa razy przedstawiać tego maleństwa. Kto raz posłuchał, to wie, że gra pięć razy lepiej niż wygląda i niż wskazywałaby na to wielkość. Dla kogo się nadaje? Z całą pewnością dla tych, którzy wchodzą w świat lepszego dźwięku. Raczej nie polecałbym go komuś mocno doświadczonemu, bo jak masz McIntosha w domu i DACa za kilka/kilkanaście tysięcy, Ważka nie zrobi na tobie wrażenia (raczej). Jest to taki produkt wejściowy, na solidny początek poznawania lepszego audio. W regularnej cenie rynkowej wynoszącej 400zł mogę z całą pewnością polecić produkt Audioquesta. Ja kupiłem go dużo taniej od sklepu Top-HiFi, więc tym bardziej gorąco rekomenduję P.S. aktualnie Top-HiFi ma jeszcze na zbyciu to cudo w cenie 220zł (Allegro) To nie reklama, nikt mi za to nie zapłacił, ale jakby ktoś chciał kupić i sporo przyoszczędzić, teraz jest dobry moment
  12. Dwa zdania, a wyrażają więcej niż ten mój cały tekst ??? Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze psychoakustyka i mamy gotowy niezły problem... Każdy postrzega (albo raczej słyszy) dźwięk nieco inaczej, łatwo sobie wyobrazić taką sytuację: audiofil zaprasza do siebie drugiego kolegę audiofila, żeby pochwalić się właśnie skompletowanym zestawem audio. W oczach właściciela jest to komplet idealny. Włącza on płytę koledze, a ten zaczyna... wyrażać swoje zdanie ? "Ty, wiesz co? Ja bym tutaj trochę wysokie podkorygował... A czemu basu tak mało? No fajnie, ale źródło mogłeś dać lepsze" I tak dalej... Po prostu dla jednego coś będzie ideałem, a ktoś inny znajdzie słabe punkty, choć to tylko jego opinia. Dlatego sprzęt zawsze najlepiej testować organoleptycznie Także jeden będzie lubił "basowe potwory na wypasie" a inny powie, że to nie jego brzmienie. Sprzęt to sprzęt, a jeszcze te wszystkie gusta i guściki... jest o czym rozmawiać. Między innymi czasami myślę czy nie rzucić trochę wszystkiego i kupić jakieś Beatsy albo inny "odmóżdżający" sprzęt audiovodoostereło, który po prostu gra ?
  13. Zawsze można sprzedać się do niewoli czy coś ? Styknie na wzmacniacz McIntosha i jakieś hi-endowe Grado... Tanie też jest OK, to fakt. Po prostu jak komuś się zmieni sytuacja finansowa, to może sobie kupić coś lepszego, nie negowałem tego i chyba nigdy nie bedę. Sam jakbym miał troszkę lepiej z sianem to Etymotic ER4-PT byłyby u mnie od razu ?
  14. Kilka ogólnych skrobnięć klawiaturą na temat dżwięku... Lubię recenzować sprzęty, bo audio to jedna z moich główniejszych pasji. Dlatego tym bardziej chce mi się testować rzeczy, które mogę sam nabyć. Dobrze jeśli nie są za drogie i nie trzeba operować setkami złotych do ich zakupu Chciałbym w tym tekście przelać trochę swoich przemyśleń na temat taniego audio. Na potrzeby tekstu nazwijmy to „tanim Hi-Fi”. Przez takie pojęcie rozumiem przystępny cenowo sprzęt (najczęściej pochodzenia chińskiego), głównie od młodych firm, które dopiero powstają lub istnieją kilka lat (jak np. Venture Electronics) Jakie jest więc moje ogólne stanowisko w kwestii taniego sprzętu audio? To zależy. Nie chodzi o sam sprzęt, który kosztuje grosze, bo można kupić byle jakie słuchawki za 3zł i cieszyć się, że niewiele ubyło z portfela. Chyba nie muszę mówić, że dźwięk będzie w tym wypadku kwestią dyskusyjną. Nie o to chodzi. Bardziej mam na myśli sprzęty, które mają świetny stosunek ceny do jakości, a przy tym nie rażą w oczy trzy lub cztero-cyfrowymi kwotami. Skoro już wyjaśniliśmy sobie kilka spraw, przejdę do meritum wypowiedzi Tani i dobry sprzęt audio jest w mojej opinii świetną sprawą. To tak mówiąc najkrócej. Ale dlaczego? Jest kilka ważnych powodów. Po pierwsze, osoba, która nigdy wcześniej nie miała do czynienia z lepszym dźwiękiem, a w uszach całe życie miała jedynie EarPodsy i inne dziwne wynalazki, może niedużym kosztem spróbować czegoś ciekawszego. Jeśli weźmiemy za przykład słuchawki VE Monk Plus, które niedawno zrecenzowałem, to za śmiesznie niską kwotę mamy coś co już nam wskazuje kierunek myślenia: „ Oho… gdzieś tam musi być lepsze audio…” Nie każdy ma aż takie docenianie dla dźwięku, jak również warunki słuchowe, przez co tani (ale dobrze grający) produkt może być dobrym początkiem lub nawet końcem poszukiwań sprzętu. Dla nie-audiofila coś co będzie grało lepiej niż słuchawki, które dostaje z telefonem będzie zapewne wystarczające. Co jeśli jednak to zacznie nie wystarczać? Hedfonus magikus W tym momencie chciałbym nadmienić również drugi wariant całej sytuacji. Początkującej osobie zafascynowanej dźwiękiem (takiej jak ja), ale mającej ograniczone możliwości finansowe, tani sprzęt może być dopiero początkiem wyboistej, audiofilskiej ścieżki. Taki ktoś testując tańsze rzeczy wyrobi sobie „smak audio” (wymyślona nazwa robocza na potrzeby tekstu). Chodzi mi o to, że nawet mając 18 lat i świetne uszy, audiofilem nie zostaje się raczej z dnia na dzień. Trzeba się trochę „rozsmakować” i nabrać doświadczenia. Zilustruję to przykładem degustatora win, który też nie zostaje mistrzem w porównywaniu do siebie trunków w ciągu jednego popołudnia. To cały bagaż doświadczeń… Zapewne taka osoba zaczynała od tego co miała w domu – wyciągnęła wino „A” oraz wino „B” i zaczęła porównywać. Z czasem samemu dochodzi się do niuansów. To samo jest moim skromnym zdaniem z audio. Docenianie dobrego dźwięku i umiejętności porównywania wykształcają się z biegiem miesięcy i lat. Potrzeba tylko cierpliwości. Tak mam właśnie ja. W domu posiadam trzy komplety słuchawek, głośniki to nie końca mój klimat. Testując różne modele, mogę wyrobić sobie skalę porównawczą i punkty odniesienia. Moją referencją w słuchawkach nausznych są Sony MDR-7506, w IEMach królują póki co KZ ZST, a całości dopełniły przegadane w Internecie, rewelacyjne VE Monk Plus. I chyba właśnie to jest istotne. Żeby mieć jakieś porównanie, dobrze na początek zacząć od czegoś niedrogiego. Sprzęt za grosze sprawi, że łatwiej będzie ocenić (i docenić) ten za niemałe kwoty Pasja spowoduje, że drogi sprzęt z czasem jakoś do nas przyjdzie. Ja idę słuchać dalej, a wszystkim użytkownikom forum życzę żeby odnaleźli swój słuchawkowy ideał (o ile już tak się nie stało). * dziękuję wszystkim za sporo like’ów pod recenzją VE Monków Plus. Ten sprzęt naprawdę fascynuje
  15. "Eufonia (stgr. εὐφωνία euphonia – "piękne brzmienie") – to przyjemny brzmieniowo ton wypowiedzi, harmonijny dobór dźwięków." Wikipedia VE Monk to chińskie dzieło, które namieszało na rynku i zachwyciło nawet audiofilów z Chordami Hugo 2 i posiadającymi słuchawki wielokrotnie droższe (polecam poczytać Head-Fi o ile ktoś jeszcze tego nie zrobił). Postanowiłem, że muszę koniecznie sprawdzić co powoduje taki zachwyt nawet u ludzi, którzy na dźwięku zjedli zęby (i konto bankowe). Zwykle kiedy opisuje jakiś produkt, nie zaczynam bezpośrednio od jego ceny. Z VE Monk+ jest inaczej. Cena? 5 dolarów. Brzmienie? Możecie o nim przeczytać w recenzji, do której serdecznie zapraszam. Wygląd / wykonanie Słuchawki przychodzą do nas w plastikowym woreczku z zapięciem, w komplecie otrzymujemy same słuchawki oraz cztery pary gąbkowych "padów", które możemy założyć na obudowy dla większego komfortu. Same słuchawki są wykonane należycie, oczywiście z plastiku. Ten jest matowy, w mojej wersji półprzezroczysty i posiada ciemne zabarwienie (tzw. wersja "smoke"). Istnieje wiele odmian kolorystycznych Monków, z tego co się orientuje Venture Electronics co jakiś wypuszcza też limitowane edycje. Żadnej z nich nie miałem jeszcze okazji posiadać i testować, ale kto wie - może kiedyś coś się zamówi z Państwa Środka Chwytając Monki w dłonie mamy wrażenie, że w obudowach nic nie ma - są bardzo lekkie, co sprzyja wygodzie użytkowania (o niej więcej za moment). Przewód posiada izolację, która nie mikrofonuje ani trochę, co w tej cenie uważam za ogromny plus. Zakończono go prostym wtykiem jack 3.5mm. Nie obraziłbym się za kątowo wykonane złącze, ale te które dała fabryka na szczęście wydaje się być całkiem solidne i odporne na naprężenia. Moja wersja nie posiada pilota ani mikrofonu, ale takowy model Monków istnieje i kosztuje 11 dolarów. Całokształt wykonania oceniam na duży plus, nie ma się po prostu do czego przyczepić. Komfort Jako, że są recenzowane słuchawki są tzw. pchełkami powinny być wygodne dla sporej ilości osób. W moim uchu, które jakieś ogromne nie jest, Monki leżą bardzo stabilnie i wygodnie. Zapewne wiele użytkowników ma podobne odczucia. Nie odczuwam dyskmofortu nawet po około dwóch godzinach słuchania. Jak już wcześniej wspomniałem, wraz ze słuchawkami otrzymujemy 4 pary małych gąbeczek, które możemy nałożyć na obudowy. Nie grzeszą one jakością, ale na szczęście to chińska taniocha. Venture Electronics ma w swojej ofercie coś co nazywa się Ex Pack. To zestaw, w którym otrzymujemy jeszcze więcej małych gąbek i dodatkowe nakładki, które mają pomóc w trzymaniu się słuchawek w naszym uchu. Brzmienie (Alleluja!!!) Na początek opisu dźwięku dodam tylko, że sprzęt testowałem wraz z Samsungiem Galaxy S4 oraz laptopem Toshiba C-660D. Do obu urządzeń Monki były podłączane bezpośrednio, tzn. bez dodatkowych wzmacniaczy i DAC’ów. Jak brzmi nieco legendarny chiński wytwór? Cóż najkrócej mówiąc - eufonia! Włączam piosenkę – jedna, druga, trzecia i nie chce się ich wyjmować z uszu. Całokształt brzmienia Monków określiłbym jako dość ciepły, czysty, z dobrym basem (jak na pchełki) i świetną rozdzielczością. Być może właśnie to przyciągnęło i nadal przyciąga nabywców tego sprzętu. Okej, czyli praktycznie za bezcen mamy produkt, który zapewnia "czyste brzmienie". Wiem, "czysty dźwięk" to najbardziej wyświechtane określenie w świecie audio. Przejdźmy więc do bardziej szczegółowego opisu. Basy - dość mocne jak na pchełki. Należy o tym cały czas pamiętać – jak na pchełki. Oczywiście niemal każde słuchawki dokanałowe zapewnią nam lepsze doznania w zakresie niskich tonów. Nie można mieć wszystkiego. Myślę, że basu jest prawie wystarczająco jeśli chodzi o ilość, a do samej jakości nie mam większych zastrzeżeń. Jest ciepły i dość głęboki. Uwidacznia się bardziej gdy użyjemy jednego z dołączonych kompletów gąbek. W porównaniu z innymi pchełkami, które miałem (Apple Earbuds, czyli poprzednik EarPodsów i Sony MDR-E805) słychać w Monkach poprawę jeśli chodzi o niskie pasma. Średnica – Wyraźnie obecna, jak na moje ucho jest trochę podkreślona ponad resztę. To dobrze, ponieważ wszelka muzyka z wokalami brzmi świetnie. Maroon 5, Ania Dąbrowska, jazz – tego mogę na Monkach słuchać na okrągło ze względu na oferowane średnie tony. Jest czysto, z szeroką sceną i ogólnie dobrą wiernością przekazu. Jak na słuchawki w tej cenie można powiedzieć, że jest bezbłędnie. Brawo! Tony wysokie – Wow! Jak tu gładko! Tak właśnie sobie pomyślałem przy pierwszych utworach słuchanych na VE Monk. Swoją opinię podtrzymuję. Włączcie sobie jakąkolwiek elektronikę przez te chińskie cudo (polecam Flume), a przekonacie się. Góra nie kłuje mocno w uszy, jednocześnie ma świetną rozdzielczość jak na słuchawki w tak niskiej kwocie. Akustyczna muzyka z gitarami na pierwszym planie brzmi super (słuchałem duetu Iron & Wine). W bardzo wysokich częściach górnych rejestrów da się usłyszeć jakieś niewielkie zniekształcenia, ale to wybaczalne w produkcie budżetowym. Generalnie rzecz biorąc wysokie tony zostały zrobione porządnie, ponoć są też lepsze niż w oryginalnych VE Monkach (gdyby ktoś przysnął, to ja testuje model Monk+) Scena Co tu się dzieje?! Co ja kupiłem? ? Jest szeroko jak nie wiem co!!! Jak na pchełki wręcz niewyobrażalnie dobrze. Wokale może mamy lekko w głowie, ale reszta jest rozmieszczona ewidentnie na zewnątrz. Myślałem, że KZ ZST wraz ze srebrnym kablem są całkiem niezłe w tym względzie. Myliłem się. Słuchając muzyki bardziej szczegółowej i ciekawie zrealizowanej jak np. Biosphere czy Venetian Snares czuć prawdziwy potencjał Monków. Nawet miałki pop to pokazuje. Naprawdę jestem mile zaskoczony sceną tych słuchawek. Pół internetu chwali Venture Electronics za zadbanie o tą kwestię, ja też nie będę szczędził pochwał. VE Monk za szerokość sceny otrzymują moje całkowite, audiofilskie błogosławieństwo Gdyby ktoś dopiero kupił te słuchawki, albo już je ma od dłuższego czasu, polecam poniższe utwory na przetestowanie sceny: Venetian Snares – Everything About You Is Special, Iron & Wine – On Your Wings, Flume – TRUST, Jean-Michel Jarre – Equinoxe, Pt. 5 Nacieszcie sobie uszy pięknymi dźwiękami. Na zdrowie. Dla kogo VE Monk i do jakiej muzyki? A kupujcie i słuchajcie sobie co chcecie! Chyba właśnie na tym polega fenomen tego sprzętu – wydajesz mało, każdy gatunek muzyki brzmi świetnie. O to chodzi! Uważam, że tak się powinno robić słuchawki w ogóle, a co dopiero takie, które są tanie. Jeśli się obawiasz o to, że mogą się szybko zniszczyć, to kup sobie 5 sztuk od razu i hakuna matata Jak ktoś nadal ma opory czy warto to naprawdę nie wiem co napisać… Ja na pewno nadal będę się w ten sprzęt wsłuchiwał. Venture Electronics stworzyło solidny brzmieniowo produkt na każdą kieszeń. Teraz w pełni rozumiem zachwyt społeczności audiofilskiej na Head-Fi i innych forach. Totalna rekomendacja z mojej strony! Podsumowanie: Kupować!!! Zalety: - cena - jakość dźwięku i scena - dobra rozdzielczość - wygoda użytkowania - kabel, który nie mikrofonuje - rewelacyjne do każdego gatunku muzyki - dobrze zagrają praktycznie ze wszystkim (laptop, telefon, odtwarzacz mobilny) Wady: - wtyk mógłby być zagięty pod kątem 90 stopni - czy w ogóle można się do czegoś bardziej przyczepić w sprzęcie za 5 dolarów?
×
×
  • Create New...

Important Information

Register to have access to community resources. Forum rules Terms of Use and privacy anc cookies policy Privacy Policy