Jump to content

gucio-chan

Zarejestrowany
  • Posts

    57
  • Joined

  • Last visited

Reputation

64 Good

1 Follower

About gucio-chan

  • Birthday 12/18/1984

Dodatkowe

  • odtwarzacz
    Cayin N3Pro
  • słuchawki
    Fiio FH7

Ogólne

  • Gender
    Male
  • Location
    Dolnośląskie, Wrocław

Recent Profile Visitors

6,274 profile views
  1. Hop - aktualna cena 550 zł
  2. Do góry - aktualizacja ceny na OLX: 600 zł
  3. Do góry - aktualna cena: 660 zł link do OLX: https://www.olx.pl/777294194
  4. Podbijam - jako że nie mam możliwości edycji pierwotnego postu: Sennheisery wciąż aktualne, kable wzięły i sobie poszły.
  5. Jak w temacie - kabel w niemal idealnym stanie, zakupiony we wrocławskim MP3Store 9.05.2022 r. używany z Fiio FH7. Chyba bardziej wolę bardziej ekspresywny dźwięk zapewniany przez LC-2.5C (+adapter na 4.4) zamiast złagodzonej, niemal relaksującej sygnatury. Zestaw to pełny komplet Producenta - jako że jestem wyjątkowym pedantem w kwestii sprzętu audio, zostawiłem nawet fabryczną folię dobierając się do zawartości od dołu Wtyczki wymieniają się ciasno, gwinty zakręcają się gładko i pewnie. Sam kabel wciąż urzeka pięknymi refleksami miedzi, złota i srebra poprzez przezroczystą izolację. Aktualnie nie znajduję dla niego zastosowania więc postanowiłem uszczęśliwić kogoś innego. Cena: 700 zł z wliczoną wysyłką InPost. Zdjęcia: https://www.dropbox.com/sh/lez6a101bblqqjg/AAAAAWXjrzq4d8whk49S1DWFa?dl=0
  6. Ostały się ino Sennheisery - przed chwilą obniżyłem cenę na ofercie: https://www.olx.pl/d/oferta/sluchawki-sennheiser-pxc-550-ii-anc-gwarancja-jak-nowe-CID99-IDPXetU.html Zapraszam.
  7. 1. Kabel Campfire Audio Smoky Litz MMCX, 3.5 mm https://www.olx.pl/d/oferta/kabel-mmcx-3-5-mm-campfire-audio-smoky-litz-CID99-IDPwfjC.html 2. Kabel Jimmy Dragon Miedź MMCX, 4.4 mm https://www.olx.pl/d/oferta/kabel-zbalansowany-custom-mmcx-4-4-mm-miedz-jimmy-dragon-CID99-IDPOiNn.html 3. Słuchawki Bluetooth Sennheiser PXC-550-II Zakupione 30.07.2021 r. więc jeszcze rok na gwarancji. Stan idealny jak ukazują zdjęcia - nawet nie kwapiłem się aby zdjąć naklejkę z instrukcją z kopułki Użytkowane głównie w domu podczas home-office. Ładowane były chyba z trochę ponad 10 razy - głównie z racji tego, że skubane trzymają na akumulatorkach naprawdę długo. Pełen komplet - działają bez zarzutu, żadnych problemów z parowaniem czy gubieniem sygnału. Z okablowania rozpakowywany był jedynie ten na 3.5 mm. Wszystko po lekkim dopieszczeniu można by uznać za nowy egzemplarz. Lubię dbać o sprzęt. https://www.dropbox.com/sh/4tegg55ilfa3cwa/AABND4nzbeu6nkFzWLZObD-Ca?dl=0 Cena: 800 zł + InPost
  8. Kinera Ace poszła - reszta dostępna. Zapraszam Smoky Litz obniżam na 350 zł Link do OLX: https://www.olx.pl/d/oferta/kabel-mmcx-3-5-mm-campfire-audio-smoky-litz-CID99-IDPwfjC.htmls
  9. @Najner Nie musiałem - wskoczyłem w inny repertuar i siadło. Uzupełnienie już w oryginalnym poście.
  10. Użytkuję standardowe SpinFity CP-145 więc sygnatura co prawda się rozjaśnia, ale są to zmiany tylko kosmetyczne i nie wpływają na dół. Fakt jednak faktem, że w porównaniu do S12 niskich tonów nie odebrałem w takiej samej ilości - są zdecydowanie lżejsze w tym rejonie, a same słuchawki bardziej nadrabiają średnicą i napowietrzeniem góry. Może rzeczywiście poszukam czegoś na grubszych tulejkach..?
  11. Tym razem los pobłogosławił mnie okazją do spróbowania trybryd w wykonaniu dalekowschodniej firmy Yinyoo, którą (nie bijcie) znałem wyłącznie z produkcji wszelkiego rodzaju budżetowych jak i bardziej wyszukanych kabli do słuchawek. W przypadku modelu ST7, o którym tu mowa, utożsamianego brzmieniem z bardzo dobrze przyjętymi i droższymi Shuoer EJ07, zyskał on miano "budżetowych" jego odpowiedników o niemal tej samej tonacji. Czy zastosowana w nich technologia może zachęcić portfel do wyciśnięcia na nie ciężko zarobionej krwawicy? Zobaczmy. Wizualnie ST7 sprawiają wrażenie poprawnie wykonanych z akrylowego materiału doków. Przez przezroczyste gładkie tworzywo mamy bardzo dobry wgląd z góry na cewkę napędzającą 4 przetworniki elektrostatyczne, dwie armatury przy zwężającym się końcu konstrukcji oraz pojedynczy dynamik ustawiony poniżej pod lekkim kątem do dość długiego falowodu. Jeśli już o falowodzie mowa to jest on wystarczająco długi i odpowiednio wyprofilowany aby można było umieścić na nim swoje standardowe tipsy jak również te rozmiar mniejsze, które pozwolą na głębszą dokanałową aplikację. Nie wspominam tutaj o lepszym wygłuszeniu ponieważ z tyłu umieszczony został otwór odpowietrzający, który uniemożliwia całkowite odcięcie od dźwięków zewnętrznych. Kopułka w kolorze zieleni, kojarząca mi się barwą z płytkami krzemowymi jakie możemy spotkać w wewnętrznych komponentach komputera, ozdobiona jest logo producenta składającego się z dwóch stylizowanych liter Y ustawionych odwrotnie wobec siebie na tle wzoru sześciokątów, kojarzącej się z jednej strony z łuskami z drugiej – bardziej realistycznie – z siatką ogrodzeniową. Wiem, dziwne skojarzenie, ale cóż. Jedyny minus w całokształcie jaki mógłbym im zarzucić to niechlujność w wykończeniu podzespołów, które w zastosowanej oprawie wystawione są jak na dłoni. Mowa tutaj o dynamiku, którego tylna część została oklejona kremowym spoiwem, które kojarzę z lat młodzieńczych z produktów polskiej Unitry. Jest to tylko lekkie czepialstwo ponieważ w użytkowaniu w ogóle to nie przeszkadza, ale dla osób zwracających uwagę na szczegóły, może to trochę kłuć w oko. Jako mały disclaimer chciałem tylko nadmienić, iż IEMy przybyły do mnie od prawowitego właściciela bez fabrycznego kabla, co może mieć wpływ na ich odbiór w przypadku użytkowania modelu w fabrycznym wyposażeniu. Na jego miejsce zastosowano miedziany (?) custom od Audeos ( @Najner, pomóż proszę ). Dodatkowo zmieniłem odrobinę formę recenzji co może w efekcie dać trochę różnic pomiędzy kolejnymi sekcjami. Starałem się jednak o ciągłość w swoich wrażeniach. Wstępne odsłuchy rozpocząłem od niezbyt miłego dla mnie tonalnie albumu „Back to Black” Amy Winehouse, który swoją wyrazistością nagrania potrafił odebrać chęć do życia w swoim brzmieniu przy użyciu aktualnie posiadanych Fiio FH7. No właśnie – potrafił. Tym razem, dzięki zastosowanej sygnaturze soulowe kawałki zyskały nowe życie. Scena jest proporcjonalna i kulista, zachodząca instrumentami nawet poza linię uszu. Instrumenty same w sobie są bardzo dobrze odseparowane i poukładane co wraz z zastosowanymi pogłosami zwiększa poczucie przestrzeni. Pierwszy plan z wokalistą, lekko oddalony od słuchacza jest na skraju neutralności i naturalności – być może jest to efekt zastosowanego masteringu, mającego na celu sprawić wrażenie użytkowania charakterystycznych estradowych mikrofonów. Dynamika jest bardzo angażująca, zaliczana do tych jaśniejszych, a to dzięki odpowiedniemu wysterowaniu polegającemu na uspokojeniu niskich częstotliwości, które w tym momencie tylko nadają kształtu perkusji w żaden sposób nie przytłaczając tego niemal koncertowego występu. Pamiętam, że przy wyrazistszych słuchawkach bas prowadził linię melodyczną podczas gdy średnica wraz z górą krzyczały wprost w ucho. Teraz średnica jest wyrównana podczas gdy góra pasma organicznie prowadzi ostre momenty, pomijając jednakże zastosowane statyczne iskry w nagranym wokalu – kolejne interesujące dodatki mające dać wrażenie występów sprzed lat. Teraz dopiero zaczynam doceniać ten album. A wystarczyło tylko zmienić słuchawki Okej, podkręcamy tempo i jedziemy z electro swingiem – Caravan Palace i „<|°_°|>”. Już pierwszy utwór Lone Digger wskazuje dokładniej kierunek obrany przez ST7: midbas w porównaniu z wyrównaną resztą pasma, melodyjnością oraz dużą dawką energii i absolutnie żadnymi ostrymi krawędziami. Teraz dopiero można świetnie rozbierać poszczególne części składowe kolejnych piosenek. Niektóre zabawy dźwiękiem dają wręcz wrażenie nagrań binauralnych rozpoczynających się ze środka głowy i dających wrażenie pojawiających się nawet z tyłu nad słuchającym (elektroniczne tamtamy w początku Mighty). Podczas pisania niniejszego tekstu musiałem nawet zdjąć słuchawki ponieważ sądziłem, że usłyszałem coś głośnego za ścianą. Yinyoo zaczynają zmieniać moje pojęcie odnośnie brzmienia, w którym nie chodzi wyłącznie o p...cie basem i po sprawie, prezentując świetnie kontrolowaną scenę. Wspominałem o separacji? Tego nigdy za wiele. Daft Punk i „Discovery”. W tym akurat albumie linia basowa powinna nieść kolejne utwory jednakże przy obecnej półotwartej konstrukcji tak nie jest: nagrania sprawiają wrażenie odtwarzanych w trybie niemal płaskim i referencyjnym. Nadal z odrobinką atrakcyjności jednakże brakuje tej bardziej mięsistej energii uderzającej o sufit. Zastosowana prezentacja kontynuuje jednak tendencję do precyzyjnego rozmieszczania poszczególnych źródeł dźwięku zachowując przy tym umiar i w żaden sposób nie powodując nakładania się jednego pasma na drugie. Dobra, no to może „Meteora” od Linkin Park? Jeśli chcesz posłuchać tego zespołu bardziej w stronę skupienia się na wokalach i detalach – be my guest. Gitary nadają ton, ale to już nie są te potężne niskotonowe riffy, które powodują czystą radochę i istne rozpieranie czaszki choć bywają chlubne wyjątki takie jak Lying from You, nadal jednak to tylko punktowe i dość szybko wygasające uderzenia. Zamiast tego otrzymujemy analizę opakowaną w lekko ocieplone opakowanie z nieznacznie spłyconym pierwszym planem. Uff… No to obrót o 180 stopni i sięgnijmy po coś spokojniejszego – „Una Mattina” Ludovico Einaudi. Poskąpienie na niskich częstotliwościach oraz neutralność średnicy sprawia, że odbiór fortepianowych recitali nie jest tak naturalny i angażujący w swoim uproszczonym charakterze. Dotychczasowa analityczność dodatkowo nie pomaga ponieważ dźwięk nie niesie się wystarczająco długo, aby choć trochę poczuć się jak na realnym występie. Spróbujmy czegoś w podobnym klimacie z większą ilością instrumentów – do tego posłużył mi niedawno odnaleziony w zbiorach, a potem przerzucony do formatu bezstratnego album Hansa Zimmera z muzyką filmową do filmu „Kod da Vinci” i dwa ostatnie utwory z albumu. W Beneath Alrischa z pierwszych momentów z obcowania ze smyczkami można zauważyć ich dość bliskie, sugestywne rozmieszczenie, przekomarzanie się raz po jednej raz po drugiej stronie do czasu wstąpienia na scenę głównej linii kontrabasów oraz skrzypiec, która w wyczuwalnej odległości od słuchacza rozprasza się, nie dając wrażenia wygaszenia któregokolwiek z sektorów jak w przypadku wcześniej opisywanych Shuoerów S12. Barwa jest podobna – nienasycona i z ukłonem w stronę ciepła, ale jest to podane w sposób nienastręczający problemów zbytnim „przydymieniem”. Góra pasma jest odpowiednio doświetlona co dodaje głębi oraz wysokości i wspomaga wrażenie przebywania w obszerniejszym pomieszczeniu. W momencie 03:22 wchodzi linia basowa, którą spodziewam się utworzono już elektronicznie aniżeli tradycyjnym instrumentem. IEMy jednakże nie potrafią ich napędzić aby oddać organiczny niemal żywy charakter powodujący ściskanie zawartości w czaszce. Złagodzenie sygnatury spowodowało bazowanie na wyższych częstotliwościach oraz środku, co może się podobać osobom lubiącym rozluźnione brzmienie, ale w ostatecznym rozrachunku po zapoznaniu się z innymi modelami uważam to za krok wstecz. Powinno go być więcej, co dodałoby ST7 charakteru słuchawek bardziej uniwersalnych. Finał świetnie ukazuje przestrzeń i umiejscowienie konkretnych sekcji instrumentalnych, buduje atmosferę przebywania na wprost orkiestry, co nie daje tego osobliwego uczucia zakrzywienia sceny. Nie dałbym rady pominąć następującego po tym utworze Chevaliers De Sangreal z chyba najbardziej rozpoznawalną ścieżką dźwiękową do filmu. I podczas gdy zaczynamy czerpać przyjemność z muzyki zapewnianej przez smyczki, pewien szczegół na pewno przykuje naszą uwagę. Użyte w tym utworze dzwony rurowe powinny rozbrzmiewać bardziej bezpośrednio, nadawać atmosfery, tej wisienki na torcie, prowadzić linię melodyczną. W zamian uzyskujemy coś na kształt dźwięku schowanego za orkiestrą, oddalonego bądź wykonywanego bardzo delikatnie, zbyt delikatnie aby wczuć się, doceniając rozjaśnioną sygnaturę słuchawek. Z drugiej strony, elektroniczna linia basowa „oddycha” delikatnie w uszy co paradoksalnie kontynuuje zainteresowanie tą stopniowo narastającą na intensywności i przestrzeni aranżacją. Finał z trąbami i chórami z kolei natychmiast przywołuje wspomnienia tych szczególnych chwil w którym Ron Howard mimo pokazania nam rozwiązania zagadki nagle postanowił zapewnić swoim widzom gęsią skórkę na 3 minuty przed końcem filmu. Zaprawdę, ST7 potrafią grać na sprzecznych uczuciach Odbiorcy. Kończąc tę podróż mogę podsumować Yinyoo ST7 jako bardzo szczegółowe i holograficzne doki, które dadzą dużo radości w gatunkach jak pop, soul, R’n’B, indie czy unowocześniony swing, bazujące na średnicy i górze pasma. Reszta kategorii również będzie się podobać jednakże zmniejszenie energii basu może nie wystarczyć do podtrzymania zainteresowania. Nic jednakże straconego – słuchawki w sposób umiejętny nasuwają nam swój styl grania, co w ostatecznym rozrachunku może przeważyć nawet o ich kupnie jeśli wbiją się w nasz ulubiony repertuar. Ja jestem pod wrażeniem. I mnie powoli przekonują Link do jednego z partnerów w Chinach: https://pl.aliexpress.com/item/1005002900712128.html?spm=a2g0o.productlist.0.0.5941329491sJ3m&algo_pvid=69e1ddbb-7b2c-48b5-9d60-deaea0ba237c&algo_exp_id=69e1ddbb-7b2c-48b5-9d60-deaea0ba237c-8&pdp_ext_f={"sku_id"%3A"12000022682874396"}&pdp_npi=2%40dis!PLN!!4309.05!!!!!%402100bb4c16538494948812078e0995!12000022682874396!sea Za wypożyczenie bardzo dziękuję @Najner Uzupełnienie: w ramach szerszego spojrzenia na sporną kwestię niskich częstotliwości przedstawianych przez ST7 postanowiłem poskakać trochę po bibliotece muzycznej w poszukiwaniu tego magicznego basu i dokładniejszego doprecyzowania jego brzmienia. Na ratunek przybył album ze ścieżką dźwiękową z gry Life is Strange: True Colors – niezawodny w swojej różnorodności zbiór utworów z gatunku Indie wypuszczonych w technologii „+5db” jak to zwykłem określać czyli o podwyższonym zakresie głośności, co pozwala na wirtualne wzmocnienie sygnału przekazywanego do słuchawek. Wstępnie wrzuciłem jeden z najbardziej zaakcentowanych w tym zakresie utworów od Metronomy – Lately. Subbas w nim przedstawiony lawiruje pomiędzy pełnością w dobrym smaku a odrobiną w kierunku tego głuchego dudnienia, co w żaden sposób nie będzie męczyć a dodawać dodatkowego kolorytu. Jest szybki, dokładny, kształtny w swojej budowie i potrafi bardzo przyjemnie mruczeć w ucho podczas występu wokalisty, nie jest jednak silnikiem napędzającym cały obraz. Dopiero teraz zauważyłem, jak świetnie komponuje się aranżacjami kapel z tradycyjnymi gitarami elektrycznymi – bez żadnych dodatkowych reverbów, po prostu ze wzmacniaczem u boku. To oraz przestrzenna reprodukcja wprowadza nas w sam środek muzyki, która sprawia niesamowitą radość z odsłuchu. Mogę ich słuchać i usypiać w moment Muszę również być fair wobec tego modelu jeśli chodzi o wokale ponieważ podczas próbowania kolejnych utworów zdecydowanie zmieniły one moje pojęcie o ich przedstawianiu. Jako świetne przykłady postanowiłem przesłuchać energiczny Teenage Headache Dream Mura Masa oraz dźwięczny i bardzo intymny Brother autorstwa Fenne Lily. W obu przypadkach piosenkarze/piosenkarki urzekali absolutną naturalnością tembru głosu bez żadnych skoków w bok jeśli chodzi o suchość czy ostrzejsze zgłoski. Zauważyłem również odrobinę podbitą górną średnicę, którą również można określić mianem z lekka na granicy, ale uważam, że takie jej wyważenie jest absolutnym optimum w tego typu gatunkach aby oddać duszę elektrycznych instrumentów szarpanych. Serio, muszę przestać ich słuchać – nie zdarzyło mi się bowiem abym tak długo był przyssany do jednego modelu. Yinyoo przedstawia muzykę w tak organiczny i niepodkoloryzowany sposób, że mógłby być zdecydowanie użyty jako złoty środek na zawężenie biblioteki Złotych Graali. Wymagają tylko odpowiednio wyraźnego sygnału i repertuaru, by zaskoczyć niespodziewającego się niczego słuchacza. Mnie kupiły, w indie absolutnie – po każdej sesji odsłuchowej w tym gatunku odkładałem je w poczuciu, jakby były robione konkretnie pode mnie i zapewne pod wielu innych, poszukujących naturalności w brzmieniu. … I pomyśleć, że muszę je teraz odsyłać do właściciela Trzeba zacząć na nie polować, bo nie zdzierżę, ot co.
×
×
  • Create New...

Important Information

Register to have access to community resources. Forum rules Terms of Use and privacy anc cookies policy Privacy Policy