Jump to content

gucio-chan

Zarejestrowany
  • Posts

    57
  • Joined

  • Last visited

Reputation

64 Good

1 Follower

About gucio-chan

  • Birthday 12/18/1984

Dodatkowe

  • odtwarzacz
    Cayin N3Pro
  • słuchawki
    Fiio FH7

Ogólne

  • Gender
    Male
  • Location
    Dolnośląskie, Wrocław

Recent Profile Visitors

5,508 profile views
  1. Jak w temacie - kabel w niemal idealnym stanie, zakupiony we wrocławskim MP3Store 9.05.2022 r. używany z Fiio FH7. Chyba bardziej wolę bardziej ekspresywny dźwięk zapewniany przez LC-2.5C (+adapter na 4.4) zamiast złagodzonej, niemal relaksującej sygnatury. Zestaw to pełny komplet Producenta - jako że jestem wyjątkowym pedantem w kwestii sprzętu audio, zostawiłem nawet fabryczną folię dobierając się do zawartości od dołu Wtyczki wymieniają się ciasno, gwinty zakręcają się gładko i pewnie. Sam kabel wciąż urzeka pięknymi refleksami miedzi, złota i srebra poprzez przezroczystą izolację. Aktualnie nie znajduję dla niego zastosowania więc postanowiłem uszczęśliwić kogoś innego. Cena: 700 zł z wliczoną wysyłką InPost. Zdjęcia: https://www.dropbox.com/sh/lez6a101bblqqjg/AAAAAWXjrzq4d8whk49S1DWFa?dl=0
  2. Ostały się ino Sennheisery - przed chwilą obniżyłem cenę na ofercie: https://www.olx.pl/d/oferta/sluchawki-sennheiser-pxc-550-ii-anc-gwarancja-jak-nowe-CID99-IDPXetU.html Zapraszam.
  3. 1. Kabel Campfire Audio Smoky Litz MMCX, 3.5 mm https://www.olx.pl/d/oferta/kabel-mmcx-3-5-mm-campfire-audio-smoky-litz-CID99-IDPwfjC.html 2. Kabel Jimmy Dragon Miedź MMCX, 4.4 mm https://www.olx.pl/d/oferta/kabel-zbalansowany-custom-mmcx-4-4-mm-miedz-jimmy-dragon-CID99-IDPOiNn.html 3. Słuchawki Bluetooth Sennheiser PXC-550-II Zakupione 30.07.2021 r. więc jeszcze rok na gwarancji. Stan idealny jak ukazują zdjęcia - nawet nie kwapiłem się aby zdjąć naklejkę z instrukcją z kopułki Użytkowane głównie w domu podczas home-office. Ładowane były chyba z trochę ponad 10 razy - głównie z racji tego, że skubane trzymają na akumulatorkach naprawdę długo. Pełen komplet - działają bez zarzutu, żadnych problemów z parowaniem czy gubieniem sygnału. Z okablowania rozpakowywany był jedynie ten na 3.5 mm. Wszystko po lekkim dopieszczeniu można by uznać za nowy egzemplarz. Lubię dbać o sprzęt. https://www.dropbox.com/sh/4tegg55ilfa3cwa/AABND4nzbeu6nkFzWLZObD-Ca?dl=0 Cena: 800 zł + InPost
  4. Kinera Ace poszła - reszta dostępna. Zapraszam Smoky Litz obniżam na 350 zł Link do OLX: https://www.olx.pl/d/oferta/kabel-mmcx-3-5-mm-campfire-audio-smoky-litz-CID99-IDPwfjC.htmls
  5. @Najner Nie musiałem - wskoczyłem w inny repertuar i siadło. Uzupełnienie już w oryginalnym poście.
  6. Użytkuję standardowe SpinFity CP-145 więc sygnatura co prawda się rozjaśnia, ale są to zmiany tylko kosmetyczne i nie wpływają na dół. Fakt jednak faktem, że w porównaniu do S12 niskich tonów nie odebrałem w takiej samej ilości - są zdecydowanie lżejsze w tym rejonie, a same słuchawki bardziej nadrabiają średnicą i napowietrzeniem góry. Może rzeczywiście poszukam czegoś na grubszych tulejkach..?
  7. Tym razem los pobłogosławił mnie okazją do spróbowania trybryd w wykonaniu dalekowschodniej firmy Yinyoo, którą (nie bijcie) znałem wyłącznie z produkcji wszelkiego rodzaju budżetowych jak i bardziej wyszukanych kabli do słuchawek. W przypadku modelu ST7, o którym tu mowa, utożsamianego brzmieniem z bardzo dobrze przyjętymi i droższymi Shuoer EJ07, zyskał on miano "budżetowych" jego odpowiedników o niemal tej samej tonacji. Czy zastosowana w nich technologia może zachęcić portfel do wyciśnięcia na nie ciężko zarobionej krwawicy? Zobaczmy. Wizualnie ST7 sprawiają wrażenie poprawnie wykonanych z akrylowego materiału doków. Przez przezroczyste gładkie tworzywo mamy bardzo dobry wgląd z góry na cewkę napędzającą 4 przetworniki elektrostatyczne, dwie armatury przy zwężającym się końcu konstrukcji oraz pojedynczy dynamik ustawiony poniżej pod lekkim kątem do dość długiego falowodu. Jeśli już o falowodzie mowa to jest on wystarczająco długi i odpowiednio wyprofilowany aby można było umieścić na nim swoje standardowe tipsy jak również te rozmiar mniejsze, które pozwolą na głębszą dokanałową aplikację. Nie wspominam tutaj o lepszym wygłuszeniu ponieważ z tyłu umieszczony został otwór odpowietrzający, który uniemożliwia całkowite odcięcie od dźwięków zewnętrznych. Kopułka w kolorze zieleni, kojarząca mi się barwą z płytkami krzemowymi jakie możemy spotkać w wewnętrznych komponentach komputera, ozdobiona jest logo producenta składającego się z dwóch stylizowanych liter Y ustawionych odwrotnie wobec siebie na tle wzoru sześciokątów, kojarzącej się z jednej strony z łuskami z drugiej – bardziej realistycznie – z siatką ogrodzeniową. Wiem, dziwne skojarzenie, ale cóż. Jedyny minus w całokształcie jaki mógłbym im zarzucić to niechlujność w wykończeniu podzespołów, które w zastosowanej oprawie wystawione są jak na dłoni. Mowa tutaj o dynamiku, którego tylna część została oklejona kremowym spoiwem, które kojarzę z lat młodzieńczych z produktów polskiej Unitry. Jest to tylko lekkie czepialstwo ponieważ w użytkowaniu w ogóle to nie przeszkadza, ale dla osób zwracających uwagę na szczegóły, może to trochę kłuć w oko. Jako mały disclaimer chciałem tylko nadmienić, iż IEMy przybyły do mnie od prawowitego właściciela bez fabrycznego kabla, co może mieć wpływ na ich odbiór w przypadku użytkowania modelu w fabrycznym wyposażeniu. Na jego miejsce zastosowano miedziany (?) custom od Audeos ( @Najner, pomóż proszę ). Dodatkowo zmieniłem odrobinę formę recenzji co może w efekcie dać trochę różnic pomiędzy kolejnymi sekcjami. Starałem się jednak o ciągłość w swoich wrażeniach. Wstępne odsłuchy rozpocząłem od niezbyt miłego dla mnie tonalnie albumu „Back to Black” Amy Winehouse, który swoją wyrazistością nagrania potrafił odebrać chęć do życia w swoim brzmieniu przy użyciu aktualnie posiadanych Fiio FH7. No właśnie – potrafił. Tym razem, dzięki zastosowanej sygnaturze soulowe kawałki zyskały nowe życie. Scena jest proporcjonalna i kulista, zachodząca instrumentami nawet poza linię uszu. Instrumenty same w sobie są bardzo dobrze odseparowane i poukładane co wraz z zastosowanymi pogłosami zwiększa poczucie przestrzeni. Pierwszy plan z wokalistą, lekko oddalony od słuchacza jest na skraju neutralności i naturalności – być może jest to efekt zastosowanego masteringu, mającego na celu sprawić wrażenie użytkowania charakterystycznych estradowych mikrofonów. Dynamika jest bardzo angażująca, zaliczana do tych jaśniejszych, a to dzięki odpowiedniemu wysterowaniu polegającemu na uspokojeniu niskich częstotliwości, które w tym momencie tylko nadają kształtu perkusji w żaden sposób nie przytłaczając tego niemal koncertowego występu. Pamiętam, że przy wyrazistszych słuchawkach bas prowadził linię melodyczną podczas gdy średnica wraz z górą krzyczały wprost w ucho. Teraz średnica jest wyrównana podczas gdy góra pasma organicznie prowadzi ostre momenty, pomijając jednakże zastosowane statyczne iskry w nagranym wokalu – kolejne interesujące dodatki mające dać wrażenie występów sprzed lat. Teraz dopiero zaczynam doceniać ten album. A wystarczyło tylko zmienić słuchawki Okej, podkręcamy tempo i jedziemy z electro swingiem – Caravan Palace i „<|°_°|>”. Już pierwszy utwór Lone Digger wskazuje dokładniej kierunek obrany przez ST7: midbas w porównaniu z wyrównaną resztą pasma, melodyjnością oraz dużą dawką energii i absolutnie żadnymi ostrymi krawędziami. Teraz dopiero można świetnie rozbierać poszczególne części składowe kolejnych piosenek. Niektóre zabawy dźwiękiem dają wręcz wrażenie nagrań binauralnych rozpoczynających się ze środka głowy i dających wrażenie pojawiających się nawet z tyłu nad słuchającym (elektroniczne tamtamy w początku Mighty). Podczas pisania niniejszego tekstu musiałem nawet zdjąć słuchawki ponieważ sądziłem, że usłyszałem coś głośnego za ścianą. Yinyoo zaczynają zmieniać moje pojęcie odnośnie brzmienia, w którym nie chodzi wyłącznie o p...cie basem i po sprawie, prezentując świetnie kontrolowaną scenę. Wspominałem o separacji? Tego nigdy za wiele. Daft Punk i „Discovery”. W tym akurat albumie linia basowa powinna nieść kolejne utwory jednakże przy obecnej półotwartej konstrukcji tak nie jest: nagrania sprawiają wrażenie odtwarzanych w trybie niemal płaskim i referencyjnym. Nadal z odrobinką atrakcyjności jednakże brakuje tej bardziej mięsistej energii uderzającej o sufit. Zastosowana prezentacja kontynuuje jednak tendencję do precyzyjnego rozmieszczania poszczególnych źródeł dźwięku zachowując przy tym umiar i w żaden sposób nie powodując nakładania się jednego pasma na drugie. Dobra, no to może „Meteora” od Linkin Park? Jeśli chcesz posłuchać tego zespołu bardziej w stronę skupienia się na wokalach i detalach – be my guest. Gitary nadają ton, ale to już nie są te potężne niskotonowe riffy, które powodują czystą radochę i istne rozpieranie czaszki choć bywają chlubne wyjątki takie jak Lying from You, nadal jednak to tylko punktowe i dość szybko wygasające uderzenia. Zamiast tego otrzymujemy analizę opakowaną w lekko ocieplone opakowanie z nieznacznie spłyconym pierwszym planem. Uff… No to obrót o 180 stopni i sięgnijmy po coś spokojniejszego – „Una Mattina” Ludovico Einaudi. Poskąpienie na niskich częstotliwościach oraz neutralność średnicy sprawia, że odbiór fortepianowych recitali nie jest tak naturalny i angażujący w swoim uproszczonym charakterze. Dotychczasowa analityczność dodatkowo nie pomaga ponieważ dźwięk nie niesie się wystarczająco długo, aby choć trochę poczuć się jak na realnym występie. Spróbujmy czegoś w podobnym klimacie z większą ilością instrumentów – do tego posłużył mi niedawno odnaleziony w zbiorach, a potem przerzucony do formatu bezstratnego album Hansa Zimmera z muzyką filmową do filmu „Kod da Vinci” i dwa ostatnie utwory z albumu. W Beneath Alrischa z pierwszych momentów z obcowania ze smyczkami można zauważyć ich dość bliskie, sugestywne rozmieszczenie, przekomarzanie się raz po jednej raz po drugiej stronie do czasu wstąpienia na scenę głównej linii kontrabasów oraz skrzypiec, która w wyczuwalnej odległości od słuchacza rozprasza się, nie dając wrażenia wygaszenia któregokolwiek z sektorów jak w przypadku wcześniej opisywanych Shuoerów S12. Barwa jest podobna – nienasycona i z ukłonem w stronę ciepła, ale jest to podane w sposób nienastręczający problemów zbytnim „przydymieniem”. Góra pasma jest odpowiednio doświetlona co dodaje głębi oraz wysokości i wspomaga wrażenie przebywania w obszerniejszym pomieszczeniu. W momencie 03:22 wchodzi linia basowa, którą spodziewam się utworzono już elektronicznie aniżeli tradycyjnym instrumentem. IEMy jednakże nie potrafią ich napędzić aby oddać organiczny niemal żywy charakter powodujący ściskanie zawartości w czaszce. Złagodzenie sygnatury spowodowało bazowanie na wyższych częstotliwościach oraz środku, co może się podobać osobom lubiącym rozluźnione brzmienie, ale w ostatecznym rozrachunku po zapoznaniu się z innymi modelami uważam to za krok wstecz. Powinno go być więcej, co dodałoby ST7 charakteru słuchawek bardziej uniwersalnych. Finał świetnie ukazuje przestrzeń i umiejscowienie konkretnych sekcji instrumentalnych, buduje atmosferę przebywania na wprost orkiestry, co nie daje tego osobliwego uczucia zakrzywienia sceny. Nie dałbym rady pominąć następującego po tym utworze Chevaliers De Sangreal z chyba najbardziej rozpoznawalną ścieżką dźwiękową do filmu. I podczas gdy zaczynamy czerpać przyjemność z muzyki zapewnianej przez smyczki, pewien szczegół na pewno przykuje naszą uwagę. Użyte w tym utworze dzwony rurowe powinny rozbrzmiewać bardziej bezpośrednio, nadawać atmosfery, tej wisienki na torcie, prowadzić linię melodyczną. W zamian uzyskujemy coś na kształt dźwięku schowanego za orkiestrą, oddalonego bądź wykonywanego bardzo delikatnie, zbyt delikatnie aby wczuć się, doceniając rozjaśnioną sygnaturę słuchawek. Z drugiej strony, elektroniczna linia basowa „oddycha” delikatnie w uszy co paradoksalnie kontynuuje zainteresowanie tą stopniowo narastającą na intensywności i przestrzeni aranżacją. Finał z trąbami i chórami z kolei natychmiast przywołuje wspomnienia tych szczególnych chwil w którym Ron Howard mimo pokazania nam rozwiązania zagadki nagle postanowił zapewnić swoim widzom gęsią skórkę na 3 minuty przed końcem filmu. Zaprawdę, ST7 potrafią grać na sprzecznych uczuciach Odbiorcy. Kończąc tę podróż mogę podsumować Yinyoo ST7 jako bardzo szczegółowe i holograficzne doki, które dadzą dużo radości w gatunkach jak pop, soul, R’n’B, indie czy unowocześniony swing, bazujące na średnicy i górze pasma. Reszta kategorii również będzie się podobać jednakże zmniejszenie energii basu może nie wystarczyć do podtrzymania zainteresowania. Nic jednakże straconego – słuchawki w sposób umiejętny nasuwają nam swój styl grania, co w ostatecznym rozrachunku może przeważyć nawet o ich kupnie jeśli wbiją się w nasz ulubiony repertuar. Ja jestem pod wrażeniem. I mnie powoli przekonują Link do jednego z partnerów w Chinach: https://pl.aliexpress.com/item/1005002900712128.html?spm=a2g0o.productlist.0.0.5941329491sJ3m&algo_pvid=69e1ddbb-7b2c-48b5-9d60-deaea0ba237c&algo_exp_id=69e1ddbb-7b2c-48b5-9d60-deaea0ba237c-8&pdp_ext_f={"sku_id"%3A"12000022682874396"}&pdp_npi=2%40dis!PLN!!4309.05!!!!!%402100bb4c16538494948812078e0995!12000022682874396!sea Za wypożyczenie bardzo dziękuję @Najner Uzupełnienie: w ramach szerszego spojrzenia na sporną kwestię niskich częstotliwości przedstawianych przez ST7 postanowiłem poskakać trochę po bibliotece muzycznej w poszukiwaniu tego magicznego basu i dokładniejszego doprecyzowania jego brzmienia. Na ratunek przybył album ze ścieżką dźwiękową z gry Life is Strange: True Colors – niezawodny w swojej różnorodności zbiór utworów z gatunku Indie wypuszczonych w technologii „+5db” jak to zwykłem określać czyli o podwyższonym zakresie głośności, co pozwala na wirtualne wzmocnienie sygnału przekazywanego do słuchawek. Wstępnie wrzuciłem jeden z najbardziej zaakcentowanych w tym zakresie utworów od Metronomy – Lately. Subbas w nim przedstawiony lawiruje pomiędzy pełnością w dobrym smaku a odrobiną w kierunku tego głuchego dudnienia, co w żaden sposób nie będzie męczyć a dodawać dodatkowego kolorytu. Jest szybki, dokładny, kształtny w swojej budowie i potrafi bardzo przyjemnie mruczeć w ucho podczas występu wokalisty, nie jest jednak silnikiem napędzającym cały obraz. Dopiero teraz zauważyłem, jak świetnie komponuje się aranżacjami kapel z tradycyjnymi gitarami elektrycznymi – bez żadnych dodatkowych reverbów, po prostu ze wzmacniaczem u boku. To oraz przestrzenna reprodukcja wprowadza nas w sam środek muzyki, która sprawia niesamowitą radość z odsłuchu. Mogę ich słuchać i usypiać w moment Muszę również być fair wobec tego modelu jeśli chodzi o wokale ponieważ podczas próbowania kolejnych utworów zdecydowanie zmieniły one moje pojęcie o ich przedstawianiu. Jako świetne przykłady postanowiłem przesłuchać energiczny Teenage Headache Dream Mura Masa oraz dźwięczny i bardzo intymny Brother autorstwa Fenne Lily. W obu przypadkach piosenkarze/piosenkarki urzekali absolutną naturalnością tembru głosu bez żadnych skoków w bok jeśli chodzi o suchość czy ostrzejsze zgłoski. Zauważyłem również odrobinę podbitą górną średnicę, którą również można określić mianem z lekka na granicy, ale uważam, że takie jej wyważenie jest absolutnym optimum w tego typu gatunkach aby oddać duszę elektrycznych instrumentów szarpanych. Serio, muszę przestać ich słuchać – nie zdarzyło mi się bowiem abym tak długo był przyssany do jednego modelu. Yinyoo przedstawia muzykę w tak organiczny i niepodkoloryzowany sposób, że mógłby być zdecydowanie użyty jako złoty środek na zawężenie biblioteki Złotych Graali. Wymagają tylko odpowiednio wyraźnego sygnału i repertuaru, by zaskoczyć niespodziewającego się niczego słuchacza. Mnie kupiły, w indie absolutnie – po każdej sesji odsłuchowej w tym gatunku odkładałem je w poczuciu, jakby były robione konkretnie pode mnie i zapewne pod wielu innych, poszukujących naturalności w brzmieniu. … I pomyśleć, że muszę je teraz odsyłać do właściciela Trzeba zacząć na nie polować, bo nie zdzierżę, ot co.
  8. Korzystając z możliwości przetestowania intrygujących mnie od jakiegoś czasu słuchawek z Dalekiego Wschodu, pod strzechą wylądowała para IEMów od firmy Letshuoer, model S12. Reprezentujący je próg cenowy raczej nie powinien nastrajać optymistycznie zważywszy na użytą technologię planarną ponieważ utarło się, że tego typu produkty powinny startować od czterocyfrowych kwot, ale nasi skośnoocy koledzy udowodnili już nieraz, że czasem za niższą cenę możemy otrzymać odpowiednik o wiele droższych modeli. Zaczynając od wyglądu zewnętrznego, wycięte w technologii CNC dwuczęściowe aluminiowe korpusy w kolorze Nebula Grey zostały wypiaskowane oraz pokryte szarą anodyzacją nadając im efekt satynowanego tytanu. Dla podniesienia walorów estetycznych oraz wizualnych, prostokątne wybrzuszenie na gniazdo 2-pin zostało ścięte na obrzeżach i pozostawione w lustrzanej postaci. Nie powiem – detal, a cieszy oko. Do jakości wykonania oraz spasowania elementów nie mam żadnych obiekcji. Kwestią odrobinę problematyczną pozostały dla mnie odrobinę zbyt krótkie falowody, które zdeterminowały poszukiwania wygodniejszych tipsów o dłuższej tulejce. Po finalnym ich odnalezieniu (skitrane odpowiedniki szaroczerwonych końcówek od Fiio FH3) i złapaniu szczelności w obu niesymetrycznych wobec siebie kanałach słuchowych mogłem przystąpić do odsłuchów mając za źródło zbalansowane połączenie Cayina N3Pro. Holografia skierowana jest na pierwszy plan – scena nie jest sferyczna i przestrzenna, a dość niska i koncentrująca się mocą przekazu na wprost słuchacza, pozostawiając skraje z lekka wycofanymi choć wyjątkowo szczegółowymi np. w zmasterowanych z mocno obsadzonymi w przestrzeni instrumentami w Samba pa ti Santany gdzie nagle pojawiają się one za i poniżej linii uszu. Zaskakująca jest również głębia, która potrafi poprowadzić w środek całego występu dając wrażenie przebywania na wprost półokręgu zespołu artysty. Lokalizacja instrumentów również jest łatwa w określeniu – pojawiają się one bez narzucania swojej prezencji, umiejętnie organizując swoje rozmieszczenie. Osobiście, aby wyrobić sobie pierwsze zdanie na temat tych doków, polecam odsłuchać w pierwszej kolejności Giorgio by Moroder Daft Punk, który w trakcie swoich 9 minut pokaże do czego zdolne są użyte w tym modelu niemal 15-milimetrowe przetworniki planarne. Brzmienie charakteryzuje się odczuwalną „V-ką”, która wyróżnia się dobrym rozjaśnieniem sceny, pozwalając na wydobywanie smaczków jak oddechy sekcji dętej w Overture Daft Punk. Te zaś są bardzo łatwe do zauważenia klasyfikując S12-tki jako dość techniczne choć ocieplone IEMy. Niezbyt zadowolone będą z nich osoby, które stawiają na kształtność i wyrazistość podobne do Fiio FH7, choć nie skreślałbym ich tak od razu. Specyfika grania jest… ciekawa w swojej prezentacji i zaskakująco energiczna oraz angażująca mimo pozornej prostoty przekazu. Linia basowa nie uderza w uszy słuchacza a kieruje moc subbasu na wprost niego, wizualizując, po linii skroni, pozostawiając midbas na skrajach sceny. Świetnie buduje klimat jednolitą tonacją kontrabasów w Pod drzewem Sylwii Banasik, a w przypadku energiczniejszych utworów jest punktowa, zwarta i nieprzelewająca się na resztę pasma przez co wokale nie gubią się pośród uderzeń niskich tonów w Ainsi bas la vida w wykonaniu Adili Sedraïi (Indila). Przy połączeniu z odpowiednio ciepłym bądź wyrazistym odtwarzaczem myślę, że zaprezentowany niski skraj pasma może być całkiem udaną propozycją dla osób lubiących trochę mięcha w uszy, Średnica jest neutralna, melodyjna i naturalna – wokale drugoplanowe oraz solowe występy fortepianowe mają tendencję do uciekania lekko na prawo co zauważyłem już wcześniej w produktach z niższych przedziałów cenowych. Podczas gdy te pierwsze dodają kolejnej dawki zaintrygowania innym przedstawieniem utworu, tak pojedynczy instrument takich gabarytów daje wrażenie ustawienia pod kątem w stosunku do słuchającego w przeciwieństwie do rzeczywistego ustawienia się bezpośrednio przed nim. Nadal słyszymy uderzanie w klawisze po naszej lewej jednakże to po stronie przeciwnej dzieje się główna linia melodyczna. I jest to rozwiązanie bardzo udane ponieważ w przypadku Una Mattina Ludovico Einaudi po raz kolejny zaskoczyła mnie umiejętność Shuoerów do wydobycia dodatkowych detali z dłuższego wybrzmiewania wciśniętych klawiszy wyższych tonacji oraz występu ogółem, co około 00:52 czasu trwania utworu dało efekt dosłownego chwycenia za odtwarzacz celem cofnięcia o te parę sekund i weryfikacji tego co się przed chwilą usłyszało – tego delikatnego postępującego po sobie wciśnięcia dwóch klawiszy po lewej... Główne wokale, zarówno męskie jak i żeńskie, niezarysowane w swojej budowie, nadal przykuwają uwagę. Choć może się poprawię – brzmienia wokali absolutnie nie należy kojarzyć z wypraną barwą. Bardziej określiłbym to mianem wersji „light” z zachowaniem dobrego smaku oraz intymności w obcowaniu z wokalistą. Jako świetny przykład mogę przytoczyć Bound to You Christiny Aguilery, której już pierwsze sekundy występu spowodowały mimowolne zamknięcie oczu zaś późniejsze podbicia w wyższe tonacje z czego słynie amerykańska piosenkarka, postawiły włoski na karku na baczność. Góra pasma jak zaznaczyłem wyżej, uderza w górne rejestry doświetlając scenę i nie powodując zmęczenia odbiorem. Nie spotkałem się z sybilizowaniem czy szczególnym podbiciem którejś z części składowych tych częstotliwości, które determinowałyby chęć ściszenia muzyki. Wszelkie ostre zgłoski podane są zarówno subtelnie i delikatnie jak i z odpowiednim zacięciem, które wręcz pobudza tą szczególną iskrą w tonacji Alanis Morisette w Thank You. Talerze również na tym zyskują będąc spokojnymi jak i wybuchowymi w zależności od zamiaru perkusisty. S12 uspokajają także gitary elektryczne w swojej krzykliwości lecz robi to dobrze ogółowi prezentacji pozwalając im wybrzmiewać w sposób kontrolowany i bardzo kształtny oraz z odpowiednią werwą jak w wałkowanym przeze mnie za każdym razem Waiting for the End od Linkin Park. Sprawia to, że finał tego utworu nie jest przepełniony, a wręcz przeciwnie – nadal możemy cieszyć się jego szczegółowością nie otrzymując jak w innych wyrazistszych modelach istnego rozgardiaszu zniekształconych dźwięków. Powiem tak: S12-tki słucham już drugi dzień i z każdą kolejną chwilą zaczynam przestawiać się in plus na tę niespotkaną wcześniej sygnaturę. Pojedyncze dynamiki mają charakterystyczne dla siebie brzmienie czy prezentację, do których zostaliśmy przyzwyczajeni od dziecka i wprawne ucho będzie potrafiło wyczuć zbytnie przepełnienie typowe dla membran bądź precyzyjne rozplanowanie poszczególnych części pasma pomiędzy różne przetworniki w powstałych później konstrukcjach hybrydowych. W tym przypadku natomiast mamy do czynienia z ciekawym przedstawieniem „wszystko wszędzie naraz” – niepozbawionym niskich tonów jak również szczegółowości, opakowanym w kuriozalną prezentację. Warto dać im szansę: połączyć z odpowiednim pod siebie okablowaniem i źródłem, i rozsiąść się wygodnie, kosztując swoje ulubione kawałki. Moim zdaniem to kolejne proste brzmieniem IEMy, które skradną niejedno ucho 🙂 Podziękowania dla @Najner za okazję do posłuchania tego modelu. Link do sklepu w Polsce: https://audeos.pl/letshuoer-s12 Następne w kolejce: Yinyoo ST7 😎
  9. Także dostałem do przymiarki LimeEars Pneuma… @kurop - chylę czoła i dziękuję. Wyobraźcie sobie, że macie kuzyna-obieżyświata, który podczas jednej z wieczornych pogadanek zgadza się zabrać Was w jedną ze swoich podróży. Docieracie do licznych i cudownych miejsc, w każdym z nich jesteście przez niego prowadzeni po najciekawszych lokalizacjach: Luwr w Paryżu i jego zakamarki, Sambodrom podczas karnawału w Rio ze wszystkimi jego dobrodziejstwami i nawet zajrzeniem za kulisy, Japonia oraz jej nocne życie w skrzętnie schowanych w bocznych uliczkach izakayach… To wszystko chłoniecie swoimi zmysłami, czerpiecie z tych doświadczeń pełnymi garściami, ale największym mankamentem tego wszystkiego wokół… jest właśnie ten kuzyn, który na swój zblazowany sposób pokazuje Wam te cuda. Zna każdy sekret, każdą ciekawostkę, nawet opowiada to kwiecistym językiem, ale ton jakiego używa, sugerujący wpływ bycia obywatelem świata gdzie wszystko już zostało zobaczone i nic nie zostało pominięte… To Wam się udziela - zamiast z wewnętrznym zachwytem cieszyć się otoczeniem, podążacie za jego osobą niemal obojętnie, nawet nie próbując… bo przecież macie przy sobie człowieka-encyklopedię, obytego w tym co robi i świetnie przygotowanego na wszystko. Takie właśnie są Pneumy - szalenie szczegółowe, niesamowicie wręcz holograficzne, świetnie zarysowane w brzmieniu a jednak łagodne i absolutnie niemęczące żadnym rzuconym w nie repertuarem. IEMy, które przekraczają linię swojego gatunku pokazując, że mogą brzmieć jak pełnowymiarowe słuchawki. Dla zainteresowanych odsłuchem bądź tych, którzy testowanie ich mają dopiero przed sobą od razu informuję aby pozostawili zwrotnicę basu w pozycji w górę, aktywując niskie tony ponieważ wtedy będą mogli poznać ich prawdziwą „rozrywkowo”-analityczną naturę. Jeśli myśleliście, że usłyszeliście już wszystko na swoim sprzęcie, te maleństwa zdecydowanie zmienią Wasz na to pogląd. Sądzicie, że zwykłe dzwony na początku „Aerodynamic” Daft Punk nie dadzą Wam dodatkowych szczegółów - proszę bardzo: w połowie wybrzmiewania nagle zdajecie sobie sprawę że posiadają one wygasającą wibrację; „Crystallize” Lindsey Stirling i towarzysząca dubstepowa linia basowa nagle nabiera wyrazistości w swej sinusoidalnej budowie pozwalając w dobitny sposób posłuchać zmienne jej częstotliwości. A electro swing w wykonaniu Caravan Palace… Przez tą krótką chwilę z nimi spędzoną już teraz uważam je za słuchawki absolutne jeśli chodzi o krytyczny odsłuch, ale tylko krytyczny pod kątem wychwytywania WSZELKICH najdrobniejszych niuansów utworu będąc jednocześnie zabarwionymi w tą dynamiczną, pełną energii stronę. Pełną energii jednakże spożytkowanej właśnie tylko na naturalność, szczegółowość, detale i rozmieszczenie ich po całej głowie. I mówię to z pełnym przekonaniem. Ponieważ nawet gdyby kiedykolwiek było mnie na nie stać, zdecydowanie przesłuchałbym na nich całą swoją dotychczasową muzyczną bibliotekę… ale tylko raz. Ponieważ nie dałyby mi tej okazji aby sięgnąć po nie raz jeszcze, będąc wyłącznie punktem referencyjnym dla innych testowanych modeli. W swoim zdecydowanym brzmieniu brakuje im tego co prywatnie nazywam czynnikiem epickości, czyli tak sporządzoną holografią, która w punktach kulminacyjnych wsysa Cię całym sobą, podnosi z fotela, powoduje napływ endorfin, które przyspieszają rytm serca, bądź odwrotnie - sprawiają, że czujesz się bezpiecznie, sprawiają, że ŻYJESZ. Tutaj jest to wygaszone i wszelkie spięcie organizmu przed finałem nagle kończy się zawsze tym samym - analitycznym, a jednak ubranym w błyszczący gajerek podkładem, które podąża cały czas tą samą drogą. Nie chcę im absolutnie wystawiać złej oceny ponieważ uważam, że te IEMy na reprezentowanym przez nie poziomie zdecydowanie zasługują na poświęcaną im uwagę. Są… wyjątkowe i wprowadzą w zdumienie każdego kto położy na nich swe ręce. Pozwolą na ponowną analizę błędnie dotychczas uważanych za rozpracowane utworów, sprawiając, że dopiero teraz całkowicie się przed nami otworzą. Będą to jednak słuchawki, które po przejściu całych zasobów wzdłuż i wszerz bardziej osiądą na dedykowanym stojaczku aniżeli w noszonym na co dzień etui. Będą klejnotem koronnym wyjmowanym na specjalne okazje - wyznacznikiem tego co jest, światłem ukazującym większy obraz. Ale niczym więcej.
  10. Wierzę na słowo - aktualnie i wyłącznie posiadana przeze mnie miedź posrebrzana z jaką je po raz pierwszy odsłuchałem zmiękczyły trochę przekaz jak to się ma w zwyczaju, ale pobieżny pogląd na ich temat już mam. Teraz trzeba się wsłuchać ponieważ wczoraj niemal w środku nocy po prostu mnie uśpiły. A co do Odinów to tak je sobie słucham i widzę, że to bardzo bezpieczne IEMy. Grają z lekkim ciepłem, dość fajną średnicą, scena jest bardzo przyzwoicie rozplanowana choć bywają momenty, że dochodzi do zbytniego skoncentrowania i potrafią się chwilami pogubić w poszczególnych warstwach instrumentalnych. Całość uspokojona - jak nie armatury; dają niemal wrażenie dopracowanych pojedynczych dynamików. Co jeszcze zauważyłem to wyciąganie szumów - w utworach w których do tej pory sądziłem, że mam czarne tło Odiny w rzeczywistości wyciągały jakieś elektroniczne artefakty. More to come ponieważ utknąłem na albumach Novo Amor i chłonę atmosferę
  11. @Najner Jak ze sceną? Widzę po recenzjach, że to ona najczęściej wymieniana jest jako „con”. W sumie raczej mi to nie przeszkadza choć ciekaw jestem Twoich spostrzeżeń.
  12. Zaczyna być coraz ciekawiej... @Dirian @Corvin74 - Nanny po prostu dobre? Z dużą ilością basu? Powiem Wam, że nawet nie wiem jak ugryźć recenzję tych IEMów ponieważ z Cayinem stworzyły specyficzne połączenie. Specyficzne oczywiście pod mega pozytywnym kątem. Wcześniejsze moje zetknięcie z nimi nie należało do obiecujących i po raz kolejny uważam, że diabeł tkwił w szczegółach - w tym przypadku w dopasowaniu, ponieważ gdy uzyskałem odpowiednie, trafiłem do zupełnie innego świata... I tutaj rzeczywiście utwierdzam się w przekonaniu, że te trybrydowe Shouery, których słuchałem dzięki uprzejmości @Najner mogą wypalić... Te elektrostaty mają jednak w sobie coś co pozwala odkryć muzykę w innym świetle. ... No i pozostają jeszcze Odiny... skurkowane też są ciekawe... Za dużo tego na krótkie testy
×
×
  • Create New...

Important Information

Register to have access to community resources. Forum rules Terms of Use and privacy anc cookies policy Privacy Policy