Dodatkowo, zaznaczam, że jest to moja pierwsza(i mam nadzieję, że nie ostatnia) recenzja/porównanie.
Wszystkie Wasze uwagi przyjmę z pokorą i postaram się odpokutować winy klęcząc na grochu
Przejdźmy więc do sedna...
Zobaczmy co mamy w menu...
- Beresford TC-7520 GFmod v1 – opcja dla bogatszych głodomorów. Wycenione na 800 zł urządzenie, modyfikowane genetycznie przez znanego tu i ówdzie człowieka o nicku GRADO__Fan. Doczekało się wielu wersji, ja jednak zostałem ze względów finansowych przy tej standardowej.
- NuForce uDAC – coś dla uboższych smakoszy. To urządzonko, które pojawiło się jeszcze całkiem niedawno na naszym rynku z zamiarem zapełnienia dziury w przetwornikach z niższej półki cenowej. Na naszym rachunku będzie widniało 400 zł, czyli połowa kwoty, jaką trzeba by wyłożyć na wspomnianego wcześniej Beresforda.
Czym byłoby danie główne, jeśli nie mielibyśmy czym go zjeść, oto więc nasze sztućce:
- Creative Aurvana Live! z wytłumionymi muszlami (znane wszystkim dobrze CAL!)
- Microlab Solo 7c
I coś na zagryzkę:
- Kabel USB Belkin PureAV Blue vs. dołączony do uDAC'a
Śliniaczki założone? No to noże w dłoń!
Na początek śniadanko, czyli małe rozpoznanie terenu:
Bierzemy w łapki Beresforda. Na pierwszy rzut oka, smakowity kąsek. Wykonany jest dość solidnie, ściany obudowy spasowane są niemal idealnie, nic nie skrzypi (nie gryźć, twarde). Jeśli ktoś desperacko spróbowałby zmienić urządzenie w grzechotkę, to mu się ta sztuka nie uda - w środku wszystko jest dobrze przymocowane. Obudowa niestety dosyć łatwo się rysuje - może nie damy rady naszkicować na niej brzydkiego napisu za pomocą paznokcia, ale nie radzę stawiać na Beresfordzie niczego, co nie posiada gumowych nóżek (i nie szturchać widelcem!). Spójrzmy na plecki: wszystkie gniazda są pozłacane i robią dobre wrażenie. Nieco gorsze stwarzają przyciski z przodu - takie sobie czepki z plastiku i pomimo, że pozłacane, mam wobec nich mieszane uczucia. Lepszego wrażenia niestety nie robią umieszczone nad nimi diody. Nie są one idealnie dopasowane(jedna wystaje bardziej, inna mniej, starałem się to uchwycić na zdjęciach), ponadto nie są one w jednym odcieniu niebieskiego. Jednak w żadnym wypadku nie świecą się więcej niż dwie(power + jedno z wejść), więc na pierwszy rzut oka nic nie widać. Mam jeszcze małe zastrzeżenia do potencjometru - kręci się za łatwo i jest niestarannie wykonany, bo w niektórych momentach ociera o resztę obudowy. Po roku użytkowania ujawniła się jego wada - niezsynchronizowane kanały, tj. do pewnej głośności gra tylko lewy kanał, lub prawy gra dużo ciszej, dopiero potem wszystko się wyrównuje. Ale to pewnie zasługa moich „zręcznych” łapek
No, Beresford wygląda nieźle, a jak tam konkurencja? Po co mi taki duży talerz? Spodek by wystarczył. Wygląda na to, że zbytnio się nie najemy, ale mimo wszystko przyjrzymy się tej... kanapce. Jak się okazuje, tę kanapkę przyrządzał chyba sam mistrz kuchni, bo ten DAC robi bardzo dobre pierwsze wrażenie, którego nie psuje przy dalszych oględzinach. Od razu widać, że przeznaczenie urządzenia jest zgoła inne. Dziecko NuForce ma wymiary niewiele większe od pudełka zapałek (przedrostek micro został mu nadany nie bez powodu) i jest nastawione przede wszystkim na mobilność - w odróżnieniu do Beresforda, który jest raczej "klockiem" stacjonarnym. Obudowa spasowana idealnie, nie mogę powiedzieć czy bardziej odporna na zarysowania(dostałem egzemplarz testowy, któremu nie chciałem zrobić "kuku"). Jednak sprawia ona lepsze wrażenie niż ta w Beresfordzie (tutaj mamy matową powierzchnię – tam pół-połysk) i wydaje się bardziej trwała. Gniazda naszej małej kupki elektroniki również są pozłacane - to już chyba standard w tego typu urządzeniach. Potencjometr umieszczony został nieszablonowo, po lewej stronie urządzenia (z początku uparcie odwracałem urządzenie "do góry nogami" – ale szybka zmiana nawyków i już jest dobrze) i pełni 2 funkcje: tą oczywistą(zmiana głośności) oraz włącznika. Konstruktor uniknął w ten sposób stosowania dodatkowych przycisków do tego celu. Co do samego potencjometra, kręci się on z należytym oporem - to czego mi brakowało w Beresfordzie. Jeśli jednak przyjrzeć się temu DAC'owi z boku, bądź z góry, widać, że odstaje on dość sporo od obudowy (widać to na jednym ze zdjęć) i sprawia on przez to wrażenie delikatnego - ryzyko jego wyłamiania jednak istnieje (nie próbowałbym nosić go w kieszeni). uDac również posiada diodę na przednim panelu. Jednak pełni ona funkcję chyba ozdobną, ponieważ świeci się cały czas, kiedy DAC podpiety jest do komputera. Z jednej strony łatwo znaleźć ten przedmiot, kiedy jest ciemno, a z drugiej trochę irytuje, bo może rozpraszać naszą uwagę
Czym ja to zjem i z czym...
Jeśli chodzi o tego sporego schabowego, to zapewne wszystko co mamy pod ręką pozwoli nam skosztować smaku Beresforda. "Na plecach" nosi on szereg różnych gniazd patrząc od strony ręki z widelcem: wejście USB, optyczne i 2 coaxiale, co daje nam możliwość podłączenia praktycznie dowolnego sprzętu. Pomiędzy urządzeniami wejściowymi możemy się przełączać, korzystając z guzików umieszczonych na przednim panelu. Sprzęt staje się na swój sposób uniwersalny - jedno urządzenie może obsługiwać zarówno nasz odtwarzacz CD, komputer, czy dowolny inny sprzęt, który posiada wyjście optyczne lub typu coaxial. Jeśli chodzi o wyjścia, mamy tutaj dwie pary wyjść na kable RCA (popularne Chinch'e). Jedno oznaczone zostało jako Line(poziom głośności jest stały) oraz Preamp(poziom głośności możemy regulować za pomocą potencjometru). Brakuje jedynie coaxiala. Beresford posiada również wbudowany wzmacniacz słuchawkowy, którego wyjście typu Jack 6.3mm widzimy na przednim panelu. Widzimy tam również 5 guzików - Power oraz tzw. Input Selector. Całość zasilana jest z dołączonego zasilacza na 230V. Zasilacz jest podobno dobrej jakości i dzięki niemu w dużym stopniu pozbywamy się przydźwięku sieciowego. Warto wspomnieć, że brzmienie całości można modyfikować poprzez zmianę wzmacniaczy operacyjnych na inne (są umieszczone w podstawkach – chyba DIP8). Żyć nie umierać
Teraz nasza kanapka - uDAC (a właściwie microDAC). Jako, że mamy do czynienia z tak małym urządzeniem, próżno nam będzie szukać tak dużej ilości wejść/wyjść, co w Beresfordzie. uDAC oferuje nam połączenie tylko i wyłącznie za pomocą kabla USB. Co za tym idzie, liczba urządzeń, które możemy podłączyć spada nam do zawrotnej liczby 1. Działanie urządzenia sprowadza się do podłączenia urządzenia kablem USB do komputera. Zasilane jest ono również poprzez ten kabel, więc nie musimy już martwić się o zabranie ze sobą odpowiedniego zasilacza. Daje to nam również możliwość słuchania muzyki z laptopa poza domem - tam gdzie nie mamy dostępu do źródła zasilania. To bardzo duża zaleta. Wracając do samego urządzenia, z tyłu znajdziemy również wyjścia: coaxialne oraz 2xRCA. Poziom głośności na tych wyjściach regulowany jest za pomocą potencjometra umieszczonego z przodu. Z przodu, tak jak u poprzednika, mamy również wyjście wzmacniacza słuchawkowego, tym razem na standardowego mini-jacka(3.5mm). Nie mamy żadnego output selectora - uDAC gra po RCA i wyjściem słuchawkowym jednocześnie, po coaxialu zaś tylko, gdy wyłączymy wzmacniacz. Do urządzenia dołączony jest kabel USB, o którego jakości napiszę później. Jeśli mówimy o uDAC'u jako o sprzęcie przenośnym, przydałby się jeszcze jakiś ochronny futerał, by nie stało mu się nic złego podczas leżakowania w plecaku razem z naszym laptopem.
Nastała chwila, kiedy przydadzą nam się te śliniaczki... Degustacja!
Pozwolę zapodać tutaj to, co skleciłem po ostatnim warszawskim meetcie:
"Najpierw Beres, znam to brzmienie dość dobrze, więc długo nie myślałem i wpiąłem CAL'e w dziurę uDaca... i tutaj kolejne zaskoczenie, kurde, co jest grane, to nie może grać lepiej! A jednak... Już w tej chwili myślałem, czy nie sprzedać Beresa i nie kupić tych dwóch pudełek zapałek... No ale do rzeczy. Pierwsze co mi się obiło o uszy to świetny bas, CALe znane są z tego, że potrafią tłuc na lewo i prawo, i przyprawiać mnie o ból głowy z tym związany. Ale na Njuforsie był świetny! Było go co prawda ciut więcej niż na beresie, ale był świetnie trzymany w ryzach i nie udało mu się rozkleić... Druga sprawa, szczegółowość. Prawdopodobnie, to wina nieco rozlazłego basu beresforda, ale uDAC spisał się dużo, dużo lepiej. Wszystkie smaczki, które towarzyszą przekazowi, ukazały się moim skromnym uszom, jakby ktoś podniósł kurtynę i odsłonił wszystkich muzyków. No, niebo, a ziemia. Bez porównania."
Beresford:
Ogólna charakterystyka: neutralny/chłodny
Bas: średnia/mała ilość, punktowy, podbity w górnym paśmie
Średnica: wysunięta, zachodzi na sąsiadujące pasma, lekko „przymulona”
Wysokie: średnia ilość, lekko zgaszona
Szczegółowość: średnia
Scena: względnie szeroka, mała głębia, słyszalne echo, granie z pewnej odległości
Separacja: poprawna, zdarza się, że kuleje(zależy od nagrania i złożoności partii instrumentalnych)
uDAC:
Ogólna charakterystyka: ocieplony
Bas: spora ilość, punktowy, bardzo dobre zejście
Średnica: wycofana, szczegółowa
Wysokie: średnia/duża ilość, lekko podbita
Szczegółowość: wysoka
Scena: szeroka, głębia na średnim poziomie, bliskie granie (ale nie w głowie)
Separacja: dobra
Pierwsze danie
Beresford AMP -> CAL!:
Na talerzu ląduje Beresford. Gra on z wbudowanego wzmacniacza względnie neutralnie, aczkolwiek niekoniecznie naturalnie. Ma bardzo duży zapas mocy (godzina 9-ta i dalej nie da się wytrzymać) - jest to na pewno zasługa nisko-ohmowych CAL!, ale ten wzmacniacz daje sobie radę z m.in. Beyerdynamic'ami DT880 Pro (co prawda nie gra to razem za dobrze, ale mocy mu nie brakuje). Przestrzenne i spokojne (czasami aż za bardzo) granie. Tonów niskich nie znajdziemy tutaj zbyt wiele, ale na pewno nie jest ich zbyt mało. Bas Beresa jest punktowy i dobrze kontrolowany, choć czasami potrafi uciec spod bata i lubi po-wybrzmiewać trochę zbyt długo (to też po części zasługa CAL!). Jest delikatnie podbity w górnym jego paśmie. Potrafi zejść całkiem nisko, ale nie zatrzęsie mózgiem.
Co do średnicy, to... ciężko mi ocenić dokładnie, jaka jest, będę więc przyrównywał ją do tej z uDAC'a. A więc... jest na pewno bardziej podbita i chłodniejsza od tej z „mikrusa”. Nie jest krystaliczna, wprowadza taką „mgiełkę” do nagrania. Gdzieś przez to gubią się szczegóły, a perkusja brzmi nienaturalnie (trzeba „podciągać” to i owo w EQ). Nie wiem, czy to wina CAL!, czy to średnica Beresa jest podbita około 7kHz, ale czasem wokale damskie potrafią zakłuć w uszy i w sporadycznych przypadkach pojawiają się sybilanty.
Wysokie występują w średniej ilości - jako, że jestem z tych, którzy lubią sobie posłuchać rozdmuchanej do granic możliwości góry, w ustawieniu domyślnym jest jej stanowczo za mało. Do tego delikatnie nachodzi na nią średnica i nie jest to na pewno czysty przekaz. Jest co najwyżej poprawnie. Szczegółowość również stoi na średnim poziomie. Owszem, usłyszymy sporo rzeczy, których nie usłyszelibyśmy np. na standardowej karcie z budżetowych komputerach/laptopach. Naszej uwadze umyka całkiem sporo "smaczków". Zapewne jest to zasługa tej "przystrzyżonej" góry i podbitej średnicy. Scena jest szeroka, ale nie dość głęboka. Muzycy porozstawiani na sporej przestrzeni. Dodatkowo instrumenty niosą takie delikatne echo, co sprawia wrażenie, że nie stoimy przy samych muzykach, ale jakieś 5 metrów od nich. Trochę kuleje separacja, stopa perkusji często zostaje przykryta przez gitarę elektryczną(zwłaszcza w "gęstszych" partiach), bądź owe gitary przyćmiewają wokal(zwłaszcza męskie), ale nie jest najgorzej. Jest poprawnie. Zdaje mi się, że coś się przypaliło...
uDAC AMP -> CAL!:
Zestaw zdecydowanie nastawiony na fun i czerpanie maksymalnej przyjemności z muzyki. Jego charakterystyka brzmienia przypomina "nadepniętą" literę U. Pierwsze co się rzuca w uszy to bas... nie, BAS! Jest go dużo, sporo więcej niż w Beresfordzie. Jest solidny wykop, jest odpowiednie zejście - chyba siódme poty z CAL! zostały wyciągnięte
Drugie danie
Beresford RCA -> Solo 7c:
Granie Beresforda po RCA jest bardzo zbliżone do tego z jego wzmaka słuchawkowego. Jest średnia ilość basu, jak dla mnie za mała, jeśli chodzi o duże, „żywe” brzmieniowo kolumny. Z pomocą zawsze przychodził pilot zdalnego sterowania do moich majkrolabów i podbicie basu o 2 punkty (z ośmiu). Średnica mi odpowiadała, tu akurat wypchnięta średnica Beresa spisała się bardzo dobrze.
O dziwo, nic nie świszczy, nic nie sybilizuje, nic nie wwierca nam się w korę mózgową – jest zupełnie dobrze jeśli chodzi o te znane i „lubiane” przeszkadzajki w przekazie. Jeśli ktoś lubi dużo góry, spokojnie może sobie podbić to pasmo w EQ lub w samym wzmacniaczu solówek. Dla mnie nigdy za wiele, chociaż powyżej trójeczki robi się zbyt jasno i nienaturalnie. Góra jest czysta i o dziwo nie czuć tego przysłonięcia górną średnicą. Jest dobrze, powiedziałbym bardzo dobrze. Jeśli chodzi o scenę, to na prawdę – Beresford daje radę, dźwięk usiłuje nas ogarniać ze wszystkich stron, wszystkie instrumenty są od siebie oddzielone i odseparowane – nic nam się nie gubi. Nie słychać tyle smaczków, co w CAL!, ale nie jest to do niczego potrzebne – i tak czerpiemy ogromną radość ze słuchania muzyki. Nie wiem, czy to zasługa Microlabów, czy po prostu na wyjściach RCA wygrzewa się inny opamp. A może to wina słabego jakościowo interkonektu, przez co, ta średnica tak nie przeszkadza – nie mam bladego pojęcia. Ale bardzo mi się podoba takie granie – nawet jeśli mówimy o tym niedoborze w niskich tonach. Nie potrzeba ketchupu, jadalne od razu
uDAC RCA -> Solo 7c:
Tutaj w odróżnieniu od naszego przypalonego schabowego (na CAL!, z microlabami jest... mhm
- Dobra, ja się najadłem, a Wy?
No to teraz trochę audio voodoo (i proszę się nie śmiać, bo się zakrztusicie herbatą)...
Kiedyś twierdziłem „- po kiego grzyba kupować lepszy kabel, przecież to nie ma prawa nic zmienić, a trochę kaski w kieszeni...”. I myślałem tak do momentu, kiedy poczułem się zbyt bogaty. Kilka dni później listonosz przyniósł mi kabelek wyprodukowany przez firmę Belkin – najwyższy model kabla USB, jaki ta firma posiada – z serii PureAV – kupiony ze szczerej ciekawości. Po podłączeniu do Beresforda przekonałem się na własne uszy, że „to jednak coś daje!” - i to nawet bardzo dużo. Poprzednio miałem taki najzwyklejszy kabel z komputerowego, warty gdzieś z 8 złotych. Beres grał trochę, jak pianista bez jednej ręki – czułem, że ucieka mi masa szczegółów. Bas był strasznie rozlazły, góra przyćmiona, średnica wysunięta, co dawało taki mdły obraz rzeczywistości. Z nowym kablem zagrało to dużo lepiej – co, jeśli uważnie czytacie i nie przeskakujecie akapitów jak opętani, mogliście przeczytać kilka pięter wyżej. Wyższość kabla Belkina nad „kioskowym”, okazała się znacząca. Do microDAC'a dołączany jest też całkiem gruby, z wyglądu solidny kabel. Postanowiłem porównać, czy mu czegoś brakuje (a jeśli tak, to ile) w stosunku do mojego.
Miałem okazję już to uczynić na niedawnym warszawskim meetcie, kiedy pod wpływem znakomitego na tą chwilę pomysłu podłączyłem do uDAC'a ten „lepszy”. Efekty znane (patrz wyżej). A jak gra ten mały zawodnik na stockowym druciku? Od razu mogę powiedzieć, że gorzej. I wszyscy przyznają mi rację. Bas jest wyraźnie gorzej kontrolowany, nie jest tragicznie, tak jak na tym kioskowym i Berecie, ale wyraźnie gorzej. Granice, pomiędzy poszczególnymi pasmami delikatnie zaczęły się zacierać, wydaje mi się, że średnica zaczyna zmierza do podbicia terytorium sąsiednich pasm. Góra też nie jest już taka krystaliczna i rozdzielcza, jak wcześniej. Separacja również się pogorszyła. O szczegółowości nie wspomnę... Jest WYRAŹNIE gorzej. Ale... jest jeden PLUS, przestało nam świszczeć do ucha. Praktycznie pozbyliśmy się sybilizacji. Ale jakim kosztem... Ja mimo wszystko wolę zostać przy moim „belku”, co czynię, odkładając kabelek od uDACa z powrotem na półkę. I Wam również radzę to zrobić. To naprawdę działa, nie jest to żadne placebo czy inne tego typu urojenia. Polecam to wszystkim, którzy tak jak ja, twierdzą, że coś im umyka. Mnie to wystarczy, a Wam?
Kolacyjka?...
Dobra, czas kończyć ten bardzo długi monolog (jakbym się wysilił jeszcze bardziej, to by z tego drugi potop wyszedł
Jeśli potrzebujesz urządzenia, które „obsłuży” prawie komplet sprzętu audio w Twoim mieszkaniu, słuchasz dużo spokojnej muzyki podczas popołudniowego wylegiwania się na fotelu z herbatką w ręku i krakersami, a przy tym posiadasz większą ilość gotóweczki – Beresford nie będzie złym wyborem. Ma on kilka wad, ale ma również plusy dodatnie, które sprawiają, że będziemy czuli satysfakcję z nowej zabawki
Lecz, jeżeli po pierwsze kochasz zabawę przy muzyce, gdzie nogi same podrygują i rwą się do tańca, niepotrzebne Ci dodatkowe możliwości Beresforda, masz zamiar zabierać wszystkie zabawki ze sobą lub po prostu masz mniej kasy, nie możesz przejść obojętnie obok uDAC'a. To małe urządzenie sprawdza się w większej gamie gatunków muzycznych od Beresforda i w moim odczuciu gra niezaprzeczalnie lepiej, chociaż Beres też nie daje sobie „dmuchać”.
Jeśli chodzi o mnie, to jeżeli uDAC pojawiłby się wcześniej na polskim rynku, jeszcze przed kupieniem przeze mnie Beresforda, to na pewno tego dużego klocka by teraz u mnie na biurku nie było. W zamian stałoby sobie takie maleństwo. I to chyba mówi wszystko... A jeżeli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, niech wypożyczy sobie na tydzień oba urządzenia i rozsądzi, które mu się bardziej podoba. Ja już wiem
I tym optymistycznym akcentem kończę, mam nadzieję, że przyjemnie się czytało. Jeśli gdzieś się pomyliłem (łatwo się pogubić w tym natłoku literek), to pisz, tak jak mówiłem poprawię i odklęczę swoje
A, i jeszcze małe info.
Utwory testowe, na których analizowałem brzmienie obu DACów:
In Flames – Move Through Me [mp3/320]
Within Temptation – The Howling (z Black Symphony) [FLAC]
Metallica – Nothing Else Matters (z S&M) [FLAC]
Akurat – Tylko najwięksi [mp3/320]
All That Remains – Days Without [ogg/q8]
Lamb of God – Set To Fail [mp3/320]
Flyleaf – Circle [mp3/320]




Multi-Moderation: cokupic sluchawki ROZWIĄZANE










